Runo to najniższa, przyziemna warstwa lasu. A bananowe runo to banda studentów, którym starzy opłacają chlanie na studiach. Niby wysoko w drabinie społecznej, a jednak na samym dnie. Takim baranom radzimy na blogu, jak szybko i bezboleśnie zostać humanistycznym magistrem.
RSS
wtorek, 11 marca 2014

(Rozdział trzydziesty piąty - jeszcze osiem i będzie czterdziesty trzeci)

Tak jak obiecaliśmy: jest wtorek, jest i notka.

Na dzień dobry pozbawimy cię złudzeń. Nie zostaniesz kierownikiem rewiru tak jak w reklamie rozpoczynając swoją zajebistą karierę od zwykłego sprzedawcy. Nie. Szybciej popsuje ci się samochód w Zambii na rodeo i będziesz musiał popierdalać do najbliższej wioski na piechotę po drodze dusząc gołymi rękoma jedynego na świecie lwa homoseksualistę - niż zostaniesz kierownikiem czegokurwakolwiek rozpoczynając swoją karierę od pierwszego szczebla. W jakiejkolwiek firmie. Tak po prostu jest. Najniższy szczebel to najniższy szczebel. Na wieki. I koniec. A kierownicy to kierownicy, którzy są wybierani od razu na kierownika, a pracują przez pierwsze miesiące jako pracownicy tylko dlatego, żebyś ty się obok nich zmotywował i żeby frytki wokół ciebie latały jak kurwa na bonanzie - w końcu on awansował, ja też mogę awansować. 

Otóż nie.

Przemiał w McDonaldzie jest tak duży, że korpo stworzyła nawet własną stronę internetową poświęconą tylko i wyłącznie rekrutacji. Kliknijcie tutaj i razem z nami podążajcie za studencką pracą marzeń.

First of all - warto poznać Dagmarę, czyli laskę idiotycznie machającą do nas na stronie na powitanie, jakbyśmy byli jakimiś kurwa niedorozwojami. Czy jak wchodzisz na rozmowę kwalifikacyjną, to przyszły pracodawca macha do ciebie na powitanie z uśmiechem jak banan? Macha? 

Otóż nie.

Ale nieważne. Najlepszy numer jaki możecie jej wykręcić to po prostu zostawić otwartą zakładkę na noc i wtedy się zamacha aż jej ręka spuchnie. Taki figiel. This is the most evil thing i can imagine.

Dobra. Dajcie sobie spokój z Dagmarą i jej gatkami, bo jeżeli pracodawca jest przekonany, że ta "gierka" jaka jest tam proponowana to majstersztyk marketingu to OTÓŻ NIE. Ta gierka ma was uświadomić, że jesteście na tyle głupi, że... no wyobraźcie sobie, że wpisanie tam swojego wieku jako "99" nie przeszkadza, by dostać się do drugiego "etapu" tej zajebistek rozmowy rekrutacyjnej. Kochamy nasze babcie, no ale noż kurwa no wyobrażacie sobie dziewięćdziesięciolatkę przewracającą sztejki do Bic Maca? Jeszcze bardziej idiotyczny jest kolejny etap, gdzie trzeba wytypować osobę, która zaczynała od pracy w McDonald, a w opcjach pojawia się Michał Anioł. Ja rozumiem, że firma z tradycjami, ale no bez przesady...

Podsumowując - praca w McDonald dla studenta jest idealna - można być nieambitnym imbecylem bez znajomości historii z nielimitowanym czasem pracy. Pamiętajcie jednak, że wypłata nie będzie jednak nielimitowana. 

A teraz przejdźmy do zakładki "perspektywy przed tobą".

To ty.

To perspektywy.

A to perspektywy przed tobą.

 

P.S. Pozdrawiamy tych wszystkich, których sytuacja rodzinno-ekonomiczna zmusiła do pracy w tej fabryce jedzenia. Szczerze i bez kpiny.

wtorek, 18 lutego 2014

(Rozdział trzydziesty czwarty)

Wracamy do naszego szortowego cyklu, gdyż mamy wam do przekazania kilka informacji, które jednak nie mają prawa doczekać się własnych notatek ze względów objętościowych. A ci, którzy pierwszej części "Krótkich pytań..." nie czytali, a są ciekawi jak poderwać barmankę, jak zaoszczędzić pieniądze w kinie i co odpowiedzieć, gdy wykładowca zaczepi was na korytarzu - powinni udać się pod ten link.

A teraz zaczynamy z dzisiejszym cyklem krótkich pytań i praktycznych, bananowych odpowiedzi. Jeżeli chcecie, by wyrocznia w Delfach rozwiązała także wasz problem - umieśćcie go w komentarzach lub na profilu facebookowym. fb/bananoweruno

Pytanie numer sześć:

Czy temat "stresu" z notki "Jak walczyć ze stresem (kliknij)" został przez Rycerzy Bananowego Runa wyczerpany?

Odpowiedź: Absolutnie nie. Chcielibyśmy jeszcze zwrócić uwagę na aspekt stresu i walki ze stresem, który przez wielu traktowany jest jak jakieś dobro oczywiste. Każdy z kurwa was wpisał sobie do Kurikulum Wita Stwosza, że jego "dodatkową umiejętnością" - prawie jak jakieś kurwa super moce - jest punktualność, odpowiedzialność oraz umiejętność radzenia sobie w trudnych sytuacjach. Przypominamy, że umiejętność radzenia sobie w trudnych sytuacjach to nic kurwa innego jak umiejętność WALKI ZE STRESEM.

Dlaczego żeś jeden z drugim piszesz, że masz tajemną umiejętność walki ze stresem, jak srasz w gacie, bo musisz wejść do gabinetu jakiegoś profesora i rzucić mu w twarz tekstem: "nic nie umiem, bo chlałem cały semestr, a jak nie chlałem to oglądałem seriale?". Zwłaszcza, że takie wejścia do gabinetu są wielorazowe, masz co najmniej trzy życia! Nie zdasz? Trudno kurwa, respawn i musisz się jeszcze trochę poduczyć. STRASZNE.

Punktualność to nie jest żadna kurwa wybitna umiejętność tak by the way, bo idąc tym tokiem myślenia powinienem sprzedawać swoją osobę tekstem:

Umiejętności dodatkowe:

Nie śmierdzę, nie jebie mi z gęby oraz znam język polski w stopniu B2. (Bo mało kto z was kurwa wie, że się mówi WZIĄĆ! A nie wziąść. Czy mówisz "wziąśćsłem sobie te parówki twoje?")

A jeżeli już piszesz taki kurwa banał jak umiejętność walki ze stresem, a przychodzisz na tę rozmowę kwalifikacyjną ze spoconymi pachami, potem na czole i rękami tak trzęsącymi się jakbyś napierdalał wódkę na Sympozjum Szwagrów to nie dość, że jesteś nieodporny na stres to jeszcze kłamliwy.

Pytanie numer siedem:

Czy znacie jakieś żarty o studentach?

Owszem. Przyjeżdża laska z Włoch z Erasmusa i siada na pierwszym po powrocie wykładzie. Jej lewa noga styka się kolankiem z prawą i mówi do niej:

ALE CIĘ DAWNO KURWA NIE WIDZIAŁAM.

Pytanie numer osiem:
W jaki sposób uczelnia może dbać o studenta i czy to w ogóle możliwe?

Odpowiedź:


W jaki sposób dba o studenta?
Czas na Złoty Laur Konsumenta!
Wjeżdża tort i nastrój szampański:
O studenta dba na Przymorzu Uniwersytet Gdański!

Masz tam wielki wydział humanistyczny, a tuż za bramką, tuż tuż tuż możesz przywitać się z gąską i od razu trafić w ręcę wygłodniałego pracodawcy, bo otworem czeka tam przecież... McDonalds! Co ciekawe, w ten sposób rozwiązano także problem bezpłatnych praktyk, bo wiadomo, że studenty popierdalają na małego cheesburgerka między każdymi zajęciami, przyglądając się pracy zatrudnionych tam osób, kontrolując ich zachowania i znajdując rozwiązania i wyjścia z trudnych sytuacji. Chociażby z najtrudniejszej i najbardziej kwaśnej historii pod słońcem, gdy ktoś wchodzi do Maca i mówi: "ja jebię, oferta śniadaniowa".

No a skoro temat McDonalda został wyciągnięty na ruszt, prześwietlimy go jako pracę idealną już w najbliższy czwartek! Wbijajcie na Bananowe Runo i dołączcie do społeczności na www.facebook.pl/bananoweruno 

Z tym Gdańskim to TRUE STORY. Oto zdjęcie z Google Maps.

Pytanie numer dziewięć:

Co odpowiedzieć doktorowi lub profesorowi, który zapyta się, dlaczego na egzamin przynieśliście ze sobą blachę sernika, przekładanego dżemem?

Odpowiedź: "Przyniosłem to przyniosłem, na chuj drążyć temat"

sobota, 01 lutego 2014

(Rozdział trzydziesty trzeci - tyle razy kręci się średnio płyta winylowa. I jedna trzecia.)

Jak ubrać się na egzamin? To pytanie zadaje sobie każdy student przed każdym kolokwium, przed każdym egzaminem i przed każdym pogrzebem. Bo oczywiste jest to, że jeżeli odjebiesz się jak laska na ślub swojego byłego chłopaka to wszyscy przyjdą w dresach, a jak przyjdziesz w dresie, to wszyscy będą odjebani jak laski na ślubach swoich byłych chłopaków. I na nic nie pomogą tutaj wymówki: "ej kurwa, toć umawialiśmy się, że przychodzimy w dresach!" O nie, nie, nie, takie ustalenia nie mają żadnego legislacyjnego umocowania. 

Jak więc ubrać się na egzamin? To zależy. Chociaż jak donoszą nam nasi czytelnicy, pewien profesor stwierdził, że "brak galowego ubioru to lewacki trend". Niezależnie jednak od wyznawanej przez was ideologi politycznej I OCZYWIŚCIE OD WYZNAWANEJ PRZEZ WAS PŁCI BĘDĄCEJ WOLNYM WYBOREM KAŻDEGO CZŁOWIEKA musicie stosować się do poniższych rad:

- pamiętajcie, że od trzech tygodni w naszym państwie obowiązuje nowa ustawa (Dz. U. z 2014r. Nr 197, poz. 1172, z późn. zm.), według której na egzaminy (czy to państwowe czy to uczelniane) panowie muszą zakładać eleganckie sukienki i szpilki, a panie garnitury

- jeżeli przed wami jest egzamin pisemny - wystarczy, że elegancka jest tylko góra, którą widać nad biurkiem, spokojnie na taką formę zaliczenia możecie więc przyjść w dolnym ubiorze dowolnym, na przykład chodakach, dresowych spodniach, pidżamie lub w skarpetkach z wesołymi pingwinami (smutne przynoszą pecha). Możecie także w ogóle nie zakładać spodni i butów, przewietrzyć w końcu schowane pod kalesonami i rajtkami narządy, wskrzeszając jednocześnie legendę o mitycznym nagim rybaku w kaloszach. (Po niemiecku: das Rybak czyli ono Rybak - forma bezosobowa pasująca zarówno do pani Rybaka jak i pana Rybaka)

- na egzaminy ustne obowiązkowo wdziewajcie sukienki i garnitury, następnie wypucujcie buty, umyjcie zęby i obetnijcie paznokcie - aby jednak nie można było zarzucić wam nienaturalności (która mimo wszystko nie jest lubiana przez egzaminujących) - jakieś elementy powinny w ubiorze świadczyć o waszym luzie i pewności posiadanej wiedzy. Załóżcie więc na przykład krawat z namalowanym na prędce penisem lub ostentacyjne rozepnijcie rozporek, jednocześnie nie zakładając gaci - naturalnie ciągle i konsekwentnie bez znaczenia jest tutaj wyznawana przez was płeć, będąca wolnym wyborem każdego człowieka.

Nie oszukujmy też się, że w pewnych przypadkach, założenie np. sukienki ze studniówki, krótkiej spódniczki czy smokingu z wesela siostry podnosi morale, zwłaszcza że na co dzień chodzicie w szmatach z Reserved i H&M, które szyją w garażu dzieciaki z Bangladeszu pod ostrzałem muzułmańskich rebeliantów. I koszt materiału wynosi 1.70 złotego, robocizną jest miska ryżu, a wy wchodzicie do marketu i krzyczycie "ło żesz kurwa, ja pierdolę, przecena na sukienkę ze 129 na 79! BIERE."

Także studencie drogi, jeżeli myślisz, że w garniturze zaimponujesz jakiejś dziewczynie, to informujemy cię, że życie to nie serial i w garniturze nie jesteś Barneyem Stinsonem i nie powyrywasz panienek, bo w rzeczywistości jak dobrze wiesz Barney jest gejem, a to z kolei świadczy kto leci na garnitury... Zachowaj więc ostrożność.

A wy studentki drogie nie zaburzajcie rzeczywistości i nie odwalajcie się jak na studniówkę, bo i tak każdy wie, że na co dzień biegacie po akademickich korytarzach w butach Eskimosa i wyciągniętych swetrach. I czas pryska.

Jak więc w końcu ubrać się na egzamin?

Powiedzcie szczerze, ile czasu poświęciliście na rozmowy z szafą? No właśnie. Przez ten czas nauczylibyście się dwóch podpunktów z wykładu.


poniedziałek, 27 stycznia 2014

Jako iż z szaleństwem zostaliśmy zauważeni przez Bloxa i znajdujemy się (ciekawe ile jeszcze czasu) w zakładce Polecane, co z kolei usytuowało nas na 536 miejscu wśród 340 000 blogów -  kontynuujemy kolejny ciekawy cykl, zatytułowany "Idealny kierunek". Kiedyś już pisaliśmy wam, że koniecznie trzeba zdać sobie chociaż raz w życiu Finanse i Rachunkowość, a tym razem przekonamy was, że warto studiować Politykę Publiczną!

Kierunek to konkretny, po którym pracę znajdziecie w polityce, mediach, biznesie czy urzędach. Nic tylko z uśmiechem na ustach niczym Joker zapierdalać na uczelnie i zdobywać tego politycznego skilla, by potem pławić się w bogactwach, sukcesach i samozachwycie. 

Nic jednak nie działa na to społeczeństwo piktogramów jak obrazek. Bo trzeba narysować tym kurwa jełopom z liceum ogólnokształcącego czyli gównokształcącego - bo ogólnie to oni właśnie finalnie nic nie wiedzą - jak wygląda ten budynek, co to tam poseł "pracuje", że stowarzyszenia zazwyczaj są w takich wieżyczkach z daszkami, a symbolem PRu jest literka €. I wyposażeni w takie ulotki propagatorzy jednej z uczelni ruszyli w teren - zobaczcie sami, co daje wam Polityka Publiczna!

 

 

Na całe szczęście Rycerze Bananowego Runa dotarli do tajnych akt CBA, w których znaleźliśmy oryginalny wzór ulotki, który jednak został zbojkotowany przez wszystkich rektorów prywatnych uczelni wyższych. Dlatego postanowili oni zrzucić się na specjalistów, przekupić CBA, by nie upubliczniało oryginalnej ulotki, a tłumy baranów ruszyły po magistra z Polityki społecznej, bo to praca w mediach, stowarzyszeniach i Łuni Łeuropejskiej. Joł.


niedziela, 19 stycznia 2014

(Rozdział trzydziesty pierwszy, a tuż po nim będzie trzydziesty drugi)

Przyszła sesja, egzaminy, odpytki i spytki, a na studentów spadł blady strach. Wszystkie niepowodzenia, bardzo chętnie każdy z was zrzuci na karb "stresu", nie zdałem, bo się "stresowałem", nie pamiętałem, choć umiałem bo się "zestresowałem" i w ogóle "stres mnie zjadł".

Naprawdę nie rozumiem, jak kurwa, no kurwa jak, można się stresować tym, że za trzy dni jest kolokwium czy egzamin. Że już teraz się stesujesz, że się nie nauczysz. Stresujesz się czymś, co jeszcze nie nadeszło. To tak, jakbyś się stresował, że przyfrunie smok i cię kurwa spali zionąc ogniem z huty. Nie widziałeś co prawda smoka, ale słyszałeś, że powróciły i przylecą. 

Stresować się można ewentualnie w trakcie faktu, który się dokonuje. Na przykład, gdy smok już cię goni i strzela z palących kul. To wtedy można się zestresować. Chociaż i tak nie rozumiem, jak może stresować jakieś tam kurwa kolokwium. Wiecie co może stresować? Że kogoś potrąciłeś na skrzyżowaniu, że żona cię zdradziła, że wyjebali cię z pracy albo że będą ci musieli ujebać nogę, bo dostałeś gangrenę. To jest stresujące. A nie jakiś tam sprawdzianik z jakiegoś gówna! No ludzie!

Stresować może jedynie drugi termin zdawania warunkowego. Od drugiego roku wzwyż. Po na pierwszym roku to w sumie łatwo spierdolić, rzucić studia, wymyślić bajeczkę dla starych, że uwziął się na tobie jakiś profesur belwederski i że zaczynacie od nowa tabula rasa. Ale na trzecim, czwartym czy nie daj boże piątym roku no to już trochę szkoda. Tyle użerania się, tyle łażenia na te zajęcia, tyle kurwa czasu i tak w plecy? Ale myśl o stresie może przyjść dopiero przy czwartym podejściu. Masz cztery podejścia! Egzamin - poprawka - warunek - poprawka warunku. I nawet jeżeli doktor mówi, że "u mnie poprawki nie ma" to olej go. Musi zrobić poprawkę. Musi po prostu. Może się zesrać ze złości na dywanie u rektora, ale poprawka to święte prawo studentów, zapisane w księgach magicznych. 

Więc na stres jeszcze przyjdzie czas studencie kochany. Bo rodzice w końcu się na was wkurwią za to bumelanctwo, bo tuż po zdobyciu magistra wyjdzie na jaw, że nie przykładaliście się do nauki aż tak bardzo i wasze słodkie pierdolenie i prośby o pieniądze na notatki i rozwój osobisty gówno dały i spłynęły razem z gorzkim, procentowym płynem przez przełyk i do żołądka ogrzewając cienkie ścianki wewnętrznych narządów i wciskając promil po promilu do krwiobiegu płynne umożenie stresów wszelakich.

A jak rodzice się na was wkurwią za to bumelanctwo, to zakręcą kran z darmową forsą i nie będzie już tak jak u mojego kumpla w mieszkaniu... Idę do niego na piwo, on mi się skarży, że podnajmuje trzy pokoje jakimś (jak to określa Trybson) "kurwa studenciakom" i spotyka ich w kuchni jak napierdalają oczywiście makaron z sosem (niby to włoska strawa, popularne spagetti, ale ten makaron to miał konktakt tylko z Włochami łonowymi). No i napierdalają oni ten makaron z sosem, a był już drugi stycznia i ten mój kumpel mówi do nich: "te, studenciaki kurwa, nie mam jeszcze od was pieniędzy za czynsz". A oni na to: "okej, powiemy mamie to ci przeleje."

POWIEMY MAMIE TO CI PRZELEJE!

Jak jebnąłem śmiechem, to nikt nie wiedział o co mi chodzi. Ale przyjdzie czas kiedy zrozumiecie. Przyjdzie czas, gdy stresem będzie brak kilkuset złotych. Przyjdzie czas, gdy stresem będzie dla was te kilka dni bez wpłacenia czynszu. Przyjdzie czas, gdy z łzami w oczach będziecie dzwonić "mamo, mamo, no uratuj no!". Albo z honorem przyjmiecie los, jaki sami sobie gotujecie każdego dnia opierdalania się na najdłuższych wakacjach waszego życia.

Które się kiedyś kurwa skończą. A wtedy poczujecie czym jest strach, czym jest stres, z jakiego powodu można nie przespać nocy...

A wtedy wasze zabawne obrazki "Brace Yourself - Sesja is Coming" staną się błazeńsko nieistotne i nieśmieszne. Bo prawdziwa zima niesie za sobą sezon grzewczy, za który nie uda wam się zapłacić z pensji podrzędnego magistra. Po prostu magistra. I nikogo więcej.

To mówie wam ja: prorok z rodu, herb: Bananowe Runo.



wtorek, 07 stycznia 2014

(Rozdział trzydziesty, od teraz to już z górki)

W dzisiejszej notce kontynuujemy cykl porad, bez których podczas sesji zaryjecie nosem w płytę paździerzową powieszoną w gabinecie egzaminującego was profesora (nie otrzymując wymarzonego zaliczenia podczas sesyjnego zdawania) gdy ten wyjebie wam w twarz tak zwanego "liścia nieporozumienia" zadającego cichym mlaśnięciem jednocześnie pytanie sobie, jemu, tobie, profesorowi, komisji rekrutacyjnej i dyrektorowi twojego liceum - jak to kurwa możliwe, że dostałeś się na te studia?

Jeżeli przyjęliście jednak do swoich bananowych głów zasadę, że po pierwsze skupiacie się na najbliższym egzaminie i po drugie - ogarniacie początkowo tylko podstawy, dając sobie spokój z ambicjami, to możecie uderzyć w krok trzeci, czwarty i piąty. Raźnym krokiem:

Lewa, prawa, lewa, prawa,

Tiger, Red Bull, koks i kawa.

W górę, w dół, w górę, w dół

Jeden rozdział i już muł.

Znowu kawa, znowu w bój,

Drugi rozdział, koniec, ****. 

(Odpowiedzi, będące jednocześnie dokończeniem piosenki, możecie wklejać na nasz profil na Facebooku. Czekają na was atrakcyjne nagrody w postaci kopa w dupę).

Koniec offtopu. Jeśli chcecie zdać sesję musicie (po trzecie) pójść do roczników starszych i oczywiście za pazuchą należy przy tym w razie czego posiadać 0,5 gorzkiego napoju, po którym NIE WOLNO JEŹDZIĆ SAMOCHODEM! (Ministerstwo zapłaciło nam 7 złotych za dołączenie do programu walki z pijanymi kierowcami).

Kiedy już udacie się do starszych roczników, należy dyskretnie wypytać się ich o profesorów, z którymi splecie się wasza egzaminacyjna ścieżka. Nie ufajcie tym zadufanym w sobie bufonom, gdy będą wam pierdolić głupoty, że u tego jest lajtowo, do tego się w ogóle nie ucz, ten jest kosiarz, a tamten wychodzi podczas egzaminu. Bzdury, idiotyzmy, informacje tak bezużyteczne, jak wy z dyplomem na rynku pracy.

Chodzi bardziej o to, by starsi powiedzieli wam, że na przykład profesor Adamiak (mąż Adamiakowej, co gra z Błaszczykowskim) lubi podróżować, a profesor Adamiakowski za to jest pasjonatem żeglarstwa. Profesor Adamczewski za to ma manię na punkcie kolorowych koralików z drewna, a doktor Adamiec kiedyś został księdzem, ale zrezygnował, bo gender.

Te informacje są bardzo przydatne podczas przygotowań do sesji, gdyż pozwalają przywdziać na siebie odpowiedni strój. I tak - kolejno: do Adamiaka należy założyć skąpą przepaskę papuaskiego wodza i na dzień dobry dmuchnąć mu zatrutą lotką w czoło, wykorzystując do tego bambusową rurkę.  Do Adamiakowskiego warto przywdziać sukienkę w biało-niebieskie paski, ewentualnie zabrać ze sobą maskotkę-amulet, w tym konkretnym przypadku musi być to mała, słodka foczka w kapelusiku. Adamczewski podnieci się na widok kolorowych koralików z drewna (panowie, gender), a do Adamca obowiązkowo musisz mieć na szyi zawieszony olbrzymi krucyfiks - im większy, tym lepszy. Może utrudniać chodzenie.

Chyba, że egzamin jest pisemny, to wtedy dupa. Nawet dekolt nie pomoże.

Zanim jednak zajrzycie do szafy w celu poszukania idealnego stroju, warto też zajrzeć do książek. Rada numer cztery: wyjebcie wszystkie kolorowe mazaki oraz szmatki, odkurzacz i płyn do mycia okien (żeby nie kusiło was sprzątanie). Na czas sesji bardzo pomocne jest także wyjebanie przez okno routera i podlewanie benzyną płonącej myśli o dzikiej imprezie w największej spelunie waszego miasta, która będzie ukoronowaniem zmagań z sesją. Zróbcie też sobie zapas makaronu spaghetti na dwa tygodnie, żeby z kolei nie kusiło was też gotowanie. Nie wierzcie też suplementom diety "Sesja", bo to ziołowe gówno w żaden sposób nie uczyni was mądrzejszymi i bardziej chłonnymi wiedzy. Wasza babcia też to je, zapakowane jako "Żeń-szeń" na poprawę wzroku, a waszemu dziadkowi przypisali to jako "Efektor" na problemy z potencją. 

Po piąte - każdy student wie, że każda okazja jest dobra, by zarobić na późniejsze chlanie, dlatego też możecie rozwinąć swoją żyłkę ekonomiczną. Do wykonania zadania, którego podsumowaniem jest zdobycie stu złotych, będziecie potrzebować:

- zdanego egzaminu na piątkę

- braku worów pod oczami

- proszku do pieczenia

Potem idziecie do współlokatorów, albo innych mniej znanych studentów w akademiku, których można bez zażenowania zrobić w chuja, chwalicie się swoją piątką i osiągami jakie wydziela z siebie zakupiona w Kolumbii kokaina. Stary, normalnie w jedną noc, tylko raz przeczytałem, wiedziałem wszystko, wszystko napisałem, czułem się jak Anioł Oświaty. Mogę ci sprzedać. Za sto złotych. Możesz wciągnąć albo sobie wstrzyknąć. Joł.

czwartek, 02 stycznia 2014

(Rozdział dwudziesty dziewiąty, okresowy lecz nie miesięczny)

I nastał w końcu ten wyczekiwany przez wielu czas, kiedy pokończyły się wszystkie święta, sylwestry, wigilie, wolne i inne. Nie ma już wymówek, by się nie uczyć! Koniec! Nie ma i koniec. Nie ma wymówek, nie ma pieniędzy, nie ma chlania, bujania, baletów, dapstepów i cyklinowania parapetów. Do nauki kurwa! Księżniczki i gąsiory.

Aby jednak sesję, czyli okresowy (lecz nie miesięczny) stan nauki przetrwać, warto skorzystać z kilku, tradycyjnie przezajebistych rad. Ostrzegamy jednak, że ich stosowanie jest sprzeczne z kodeksem natury moralnej oraz (to na pewno!) sprzeczne ze ślubowaniem, jakie złożyliście na kilka dni po odebraniu swojej pierwszej legitymacji. Nie gwarantujemy też wam wyników w nauce i zdania wszystkiego za pierwszym terminem, ale przecież w tym wszystkim chodzi głównie o to, by zostać w końcu jebanym magistrem i otrzymać w nagrodę samochód od starych, a nie o to, by kapała ci ślina na indeksik wypełniony czwórkami i piątkami.

NO ALE DOBRA - hipotetycznie załóżmy, że walczysz o "pasek" i nakurwiasz w zeszycie dzień i noc i mówisz sobie: będzie za to stypendium, z pięćset złotych wpłynie na konto i kupię sobie nowe najacze oraz malutkiego wielbłądka, na którym przemierzę pustynię, a głowa będzie mu się kiwać o tak "io io io". Jak w karetce. I się uczysz i już, już jesteś w ogródku, już witasz się z gąską (albo gąsiorem), już ściągasz spodnie, a tam nagle czegoś się nie douczyłeś i JEBS dwója na ryj ze "stosunków polsko-węgierskich w okresie gwiezdnych wojen". I w pizdu po stypendium. Po co więc zmarnowałeś czas na walkę o tamte pozostałe piątki?

Także do sesji podejdź rozluźniony, bo luz w dupie to patent na mistrzostwo i wiedzą o tym nawet sportowcy. A teraz czas na rady:

Po pierwsze i najważniejsze, nie oszukuj sam siebie, że rozpoczynasz naukę do kilku egzaminów czy kolokwiów jednocześnie. To się nie uda nigdy. Stwórz sobie kalendarzyk przedmałżeński najbliższego pożycia z uczelnią i przygotowuj się centralnie tylko na ten jeden najbliższy raz, jakby to miała być twoja pierwsza dziewczyna i pierwszy chłopak. Najbliższy egzamin jest najważniejszy, choćby był najłatwiejszy, a tuż po nim następował po dwóch dniach najgrubszy kolos świata. To jak z nauką języków - nie uczysz się jednocześnie niemieckiego i włoskiego, bo ci się wszystko popierdoli we łbie (chyba, że masz zdolność i nakurwiasz jedyne przydatne kierunki czyli takie, na których poznajesz osiemnaście języków na raz i ci się to nie pierdoli we łbie. Szacun! Będę krzyczał głośno twoje imię.)

Po drugie - na dzień dobry między bajki włóż swoje obietnice, że do danego egzaminu przygotujesz się solidnie, przeczytasz całą obowiązkową i dodatkową lekturę, notatki, wykłady, a na deser zajrzysz jeszcze do biblioteczki Gandalfa Szarego szukając tajemnej wiedzy uzupełniającej. To nierealne. Jeżeli studiujesz historię, a tematem egzaminu jest "Dynastia Piastów na przestrzeni dziejów" to po prostu wpisz w Wikipedii hasło "Piastowie" i naucz się wszystkiego, co tam jest. Bo po kiego wała ci szczegóły z życia Bolesława Chrobrego, skoro i tak przestanie ci się chcieć uczyć już na Łokietku, a do Kazimierza Wielkiego to nie dojdziesz, choćbyś się kurwa zesrał w majty. Więc weź chociaż ogarnij podstawy, które (DOBRY ŻART!) powinieneś wynieść z liceum (WYŚMIENITY!).

Jeżeli np. studiujesz politologię, a tematem egzaminu jest "Władza według Maxa Webbera" to sprawdź w Wikipedii kim był Webber i co to jest w ogóle kurwa władza. A jeżeli na socjologii masz ogarnąć "Sufrażystki lat 20" to wpisz w Wikipedii hasło: "najśmieszniejsze zwierzęta świata" i wtedy wyskoczy komunikat, że "Ponieważ nie ma jeszcze artykułu „Najśmieszniejsze zwierzęta świata” w Wikipedii możesz go utworzyć". I oto pole do popisu! Bo sufrażystek i tak nie zdasz przecież, umrzesz od pierdolenia o bzdurach i niczym w połowie pierwszego wykładu.

Bo na pewnym etapie, a jest to już drugi opisywany przez nas etap nauki, człowiek się zastanawia jednak najbardziej na świecie JAK ZDOBYĆ PYSZNE CIASTO?

Macie jakieś pomysły? Ha! Teraz ich nie macie. Ale uwierzcie, że gdy przeczytacie temat drugiego wykładu "Bolesław Chrobry - amant, gawędziarz czy wąsaty zbok?" postanowicie zastanowić się jednak JAK ZDOBYĆ PYSZNE CIASTO?

A można je zdobyć na przykład tak:

Ewentualnie tak:

Czaicie bazę?

poniedziałek, 30 grudnia 2013

I te wasze nic nie znaczące postanowienia... Gdyby wasze życie miało się zmienić, to nastąpiłoby to z dnia na dzień. Ale już na pewno nie pierwszego stycznia, gdy zarzygani z rzygowymi łzami w oczach patrzycie się na biel sedesu. Pogańskie obyczaje z tymi sylwestrami.

U nas podsumowań nie będzie, a jedynie zbiorcza notka, z dwudziestu ośmiu rozdziałów naszego poradnika. Dla tych, którzy są leniwi, a postanowili sobie nadrobić wszystkie zaległości - wybierajcie i czytajcie - bo wątpimy, by ktokolwiek był w stanie jebnąć te już pięćdziesiąt wordowych stron...


No i wbijajcie złotka na naszą stronę fanowską na ryjbuczku. Kliknij tutaj!


Zajebiście praktyczne:

Studencka wyprawka

Czy wybrać akademik?

Jak poznać pierwszych znajomych?

Jaki kierunek wybrać?

Szukanie mieszkania (cz. I)

Szukanie mieszkania (cz. II)

Jak przetrwać zimę?

Jak wyłudzić pieniądze od rodziców?

Co robić na wykładach?

O finansach i rachunkowości

Praca dyplomowa: czy warto się spinać?

Tyrać czy nie tyrać?

Tyrać czy nie tyrać? (cz.II)

Rozpoczęcie roku (cz. I)

Rozpoczęcie roku (cz. II)

Być aktywnym, czy nie?

Jak nie przegrać z USOSem

Praktyczne, ale raczej niewykonalne:

Jak zrobić legendarną imprezę?


Jak nie zginąć w studenckiej jadłodajni? (cz. I)


Magisterski strach wsteczny

Według nas najlepsze:

Studenckie targi pracy

Nieco abstrakcyjne:

Studencka praca idealna: pizzerman

Krótkie pytanie, krótka odpowiedź (cz. I)

Prolog

Czego nie robić...

Oceniamy reklamy

Bananowa klasyfikacja

Pozornie nie na temat:

Imprezy w Mielnie

Lekcje techniki



czwartek, 26 grudnia 2013

(Rozdział dwudziesty ósmy, z prawidłowym tytułem: Jak wyżydzić hajs od starych)

Porada ta jest niezmiernie przydatna, zwłaszcza w okresie świątecznym i międzyświątecznym, kiedy wszystkie Bananowe Dzieci siedzą przez tydzień w domu, gdyż jest to dla niech po pierwsze spora oszczędność materialna, a po drugie w miejscach, gdzie na co dzień studiują po prostu nie ma z kim chlać.

Przebywając więc w towarzystwie spragnionych waszego towarzystwa rodziców, możecie wykorzystać w stosunku do nich kilka sztuczek, które pozwolą wam wrócić ze świątecznych wakacji z sakwą pełną złota. Niech trzos wasz się napełni!

Po pierwsze - do każdego posiłku podchodź tak jakbyś dopiero wrócił z wojny na pustni Kalahari. Mięso wpierdalaj rękami rozrzucając na boki kości i skóry, popijaj barszczem niczym sarmaci w Potopie, rozlewając go sobie po polikach i brodzie, nakładaj sobie na talerz zajebiście za dużo, niech nie jeden, a dwa, czy nawet trzy kartofle spadną z niego z braku miejsca na biały obrus, wszystko rozlewaj, rozpierdalaj i śpiesz się tak bardzo w tym wpierdalaniu, jakby za pięć minut miało zgasnąć światło i nastać stuletni głód.

Jeżeli tak zachowywałeś się przy wigilii to bardzo dobrze, ale by efekt twojego nibygłodu stał się skuteczny, musisz stosować go przez kilka dni pod rząd. Wtedy dopiero zostanie to zauważone i nie zostanie zwalone na karb "a, pewnie głodny po podróży". Nie kurwa! Głodny, głodny, GŁODNY zawsze, nienażarty, wygłodzony, biedny, niech mit studenta rośnie, w końcu dzięki niemu macie te pierdolone zniżki na wszystko!

Po drugie - absolutnie, za żadne skarby nie daj się skusić nawet na symboliczną lampkę szampana czy nawet czerwonego wina. Nawet nie próbuj ze sobą walczyć i udawać, że się zastanawiasz. Gdy cię poczęstują, twardo zaprezentuj znany gest:

I powiedz, że raz spróbowałeś alkoholu na pierwszym roku studiów i nie mogłeś potem skupić się na nauce do kolokwium. I od tamtego czasu powiedziałeś sobie, że na imprezy jeszcze przyjdzie czas, gdy będziesz zarabiać na kierowniczym stanowisku. A teraz nauka, nauka, nie ma czasu na głupoty, dlatego uprzejmie odmawiasz, bojąc się o zaburzenia percepcji. Dla spotęgowania efektu, możesz też powiesić w swoim pokoju taki oto plakat - na pewno rodzice zauważą:

 

Ależ będą dumni! Potomek nie pije, a tak się bali, tak sąsiadka opowiadała, że najebani studenci rozpierdalają akademickie miejscowości, a nasz potomek nie pije, o jak dobrze, jaka ulga, jaki kamień z serca na święta, zamiast na wódkę i piwo on zbiera na coś, dojrzał, dorósł, mój syn, córka moja ukochana, jak dobrze, że nieskalana tym całym procentowym światem złym.

A ty bądź spokojny. Te cztery dni wytrzymasz bez alkoholu. Opłaca się. A jak nie wytrzymasz nawet tych czterech dni to czas się zaszyć. I nie w lesie. Mam na myśli esperal (bo nikt kurwa nie wyczai o co chodziło w tej zbyt głębokiej metaforze).

Po trzecie: na pytanie - kiedy jedziesz synczku, córusio - w piątek po świętach, czy w niedzielę dopiero, przecież masz wolne na uczelni - odpowiadaj tak:

- W czwartek mamo. W drugie święto wieczorem są tańsze bilety na pociąg. Promocja świąteczna - 70%.

- Oj synusiu, córusiu, nie wygłupiaj się, już ja ci dam tę różnicę w cenie, zapłacę ci nawet za cały bilet.

OKEJ MAMO! Tylko nie zapomnij. A ty nie wstydź się przypomnieć tuż przed wyjazdem na dworcu. A gwarantuję, że mama przypomni sobie też o twoim głodzie, o twoim wstręcie do alkoholu, a gdy dodasz, że do skserowania masz taką wielką tysiącstronicową książkę... to powinno do sakwy spłynąć trochę złota.

No i nie zapominaj też o szczegółach, które są przecież bardzo istotne. Wyjeżdżając zawsze wyłączaj z mieszkaniu wszystko, skręcaj kaloryfery, powyjmuj wtyczki, niech nic nie będzie nawet na czuwaniu! Przez 10 dni w domu uda ci się w ten sposób zaoszczędzić na opłatach dobre trzy złote. Na browarka jak znalazł.

wtorek, 17 grudnia 2013

(Rozdział dwudziesty siódmy, inspirowany pytaniami "co robisz w Sylwestra?")

Zrobienie imprezy to na pierwszy rzut oka rzecz prosta jak sprowokowanie burdy w studenckim klubie. Wystarczy jebnąć jednej osoby z partyzanta na schodach, a nagle okaże się, że każdy zna każdego, jest z jego kierunku, z jego akademika, z jego urodzin czy z jego rodziny i cały klub napierdala się w dwóch obozach.

Zorganizowanie imprezy w klubie to jednak pomysł dość bananowy, gdyż po pierwsze jest on bardziej kosztowny niż zrobienie imprezy w domu (spoko, starzy zapłacą!)*, a po drugie zdecydowanie mniej ryzykowny, bo ludzie w klubie będą zawsze, nawet jeśli nie przyjdą do was.

(* no chyba, że wybierasz opcję na biedaka, nie stawiasz ani jednego piwa i nie robisz nawet rezerwacji, za to stoisz przy wejściu ze skarbonką z napisem "zbieram na wakacje").

Najbardziej legendarnie jest zorganizować domówkę - tam wszyscy czują się swobodnie, nikt nie marudzi na muzykę, bo i tak jej nie słychać, nikt ci nie powie, że nie przyjdzie, bo nie ma pieniędzy, zawsze przecież na krzywy ryj ktoś coś komuś naleje. Zawsze.

Najpierw jednak, zanim zdecydujesz się na zorganizowanie imprezy, musisz wziąć pod uwagę dwie rzeczy. Po pierwsze - okazję. Po drugie - termin. Nasze rady zaczniemy od terminu.

Jeżeli chcesz zrobić sobie ot tak imprezę dla znajomych, to jesteś frajer i spierdalaj do tych swoich znajomych. Imprezy trzeba robić tak, by stać się akademicką legendą. I do tego potrzebna nam frekwencja - napiszemy o niej jeszcze trochę więcej później, ale teraz skupimy się na tym terminie. Dobry termin to dobra frekwencja.

Od razu więc odrzucamy terminy grudniowe (święta sręta, bo prezenty, bo śnieg, bo do domu, bo kurwa trzeba umyć okna), terminy styczniowe (sesja sresja), terminy październikowe (o ja pierdolę, znowu jestem studentem, znowu wolny, dzikość, alkoholizm, wszystko i nic), naturalnie odpadają też terminy czerwcowe, lipcowe, sierpniowe i wrześniowe. W maju zazwyczaj są juwenalia, więc tym bardziej wszyscy mają alkoholu po dziurki w nosie (i nie ma tutaj krzty metaforyzmu) stąd terminy majowe też odpadają i w taki oto sposób pozostaje nam luty, marzec, kwiecień i listopad. 

Zwróćcie uwagę w jakim terminie odbywają się Święta Wielkanocne, kiedy jest przerwa międzysemestralna i wyłączcie te terminy dając im tygodniowe zakładki. Następnie wybierzcie opcję, z którą się utożsamiacie.

a) jesteście studentami pierwszego, drugiego i trzeciego roku

b) jesteście studentami czwartego i piątego roku (tudzież pierwszego i drugiego magisterskich niejednolitych, bo zaraz jakiś kurwa bałwan skomentuje, że "a przecież na moich studiach nie ma czwartego i piątego roku")

I teraz tak. W wersji a) jesteście osobami, które zapewne co weekend napierdalają do domu. Bynajmniej nie w celach "o mamo, ale się za tobą stęskniłem" tylko w celach "o mamo, jak mi się ciężko żyje, daj pięćset złotych bo z głodu wymrę, umrę, zdechnę, Walking Dead". Zauważcie bowiem, że dziwnym trafem studenci, którzy dostali już jakąkolwiek pracę tak za domem nie tęsknią i w piątek piszą matce smsa: "zarobiony jestem, muszę odpocząć, wpadnę na święta".

Dla opcji a) najlepszym dniem na imprezę jest więc bezapelacyjnie czwartek, bo w piątek wszyscy jadą już po hajs do starych, w poniedziałek są zmęczeni, we wtorek uczą się z czegoś tam, bo chociaż trochę trzeba, w środę to są jakieś kurwa Ligi Mistrzów czy inne gówna, no i nie da się ukryć, że dla studentów pierwszego, drugiego i trzeciego roku najbardziej imprezowy jest właśnie czwartek, bo w piątek jakieś tam pewnie wykłady to można sobie olać.

Dla opcji b) jednak warto celować albo w piątek, albo w sobotę - tacy ludzie już do domu tak często nie jeżdżą, a w piątek są raczej zmęczeni, bo i studia i praca i zakupy trzeba zrobić (tak, oni jedzą już normalne obiady, bo mają przerychane żołądki które krzyczą "nakarm mnie w końcu ziemniakami i kotletem).

Najlepiej też czekać na taki czas, gdy przypada np. 11 listopada w środę. I wtedy robimy we wtorek, wtedy nikt nie spierdoli do domu, bo się nie opłaca i nikt nie odmówi, bo będzie się chciał najebać korzystając z wolnego dnia na dzień następny.

To jak macie już termin - wynajdźcie sobie jakąś zajebistą okazję. Najlepiej taką, która zszokuje, zachęci i jednocześnie zmusi do przyniesienia okolicznościowego prezentu, bo warto zaznaczyć, że domówka charakteryzuje się tym, że może być na bogato na maksa, a jeszcze przy dobrych wiatrach uda się zarobić. Jak? O tym powiemy kiedy indziej - teraz szukamy okazji.

Urodziny są zawsze spoko, ale większe wrażenie robi np. pępkowe, zajście w ciążę waszej dziewczyny, nowe mieszkanie (to zawsze), pierwsza kupa od 2008 roku, 350 rocznica bitwy pod Wołgogradem, setny odcinek "Kuchennych Rewolucji" albo utrata dziewictwa przez Bożenkę z Klanu. Oczywiście nie muszę chyba dodawać, że okazja nie musi być w żaden sposób zbieżna z prawdą? Wystarczy, że zmienicie sobie datę urodzin na Facebuczku i wiśta wio - można je obchodzić trzy razy do roku. Nikt kurwa nie będzie pamiętał.

środa, 11 grudnia 2013

(Rozdział dwudziesty szósty po najdłuższej w historii i ostatniej już przerwie)

Każde Bananowe Dziecko pieniążków od rodziców ma wręcz garście, a kieszenie wypchane dukatami niczym Biedronka promocjami. Mimo wszystko - oczywistym jest, że dukaty te są przez Bananowe Dzieci wydawane na przyjemności, a każda konieczna konieczność typu ksero, bilet miesięczny, szampon do włosów czy herbata - to najbardziej bolące i piekące wydatki, których nie idzie zastąpić imprezami, piwem i wódką. (No może herbatę tylko idzie. Choć nie o poranku).

Podobnie serce wam się kraja Bananowcy, gdy trzeba zapłacić za wodę, gaz, prąd, a po okresie zimowym za ogrzewanie. I to właśnie ogrzewanie jest kluczem do dzisiejszej sprawy, gdyż jak ostatnio usłyszałem przebiegając przez akademickie miasteczko: "Stefana nie będzie na imprezie, bo mu zajebali rachunek na 1200 złotych za grzejniki". Na co inna panna: "napierdalał wszystkimi odkręconymi kaloryferami to teraz ma".

Dzisiaj uratujemy więc wam dupy, radząc jak przetrwać srogą zimę. 

Po pierwsze - faktycznie nie należy odkręcać kurków we wszystkich pomieszczeniach. Poluzować gałkę możecie ewentualnie w pokoju dziennym. W kuchni - absolutnie nie. To pomieszczenie powinno się nagrzać oparami smażonych kartofli i parą gotującej się wody, którą zalewacie herbatę, a potem wlewacie do wanny w łazience, w której oczywiście też nie należy odkręcać kaloryfera. 

I nie przemówią do nas jakieś pierdoły o tym, że się przeziębicie, jeżeli w łazience nie będzie co najmniej 35 stopni. A latem to niby co? Temperatura powietrza 20 stopni (tyle co w łazience), a woda w Bałtyku 16 stopni (zimniejsza niż w kranie). I włazisz do tego syfiastego bajora tylko dlatego, żeby twoja dziewczyna też wlazła i żebyś mógł zobaczyć ją w stroju kąpielowym i zadecydować, czy zerwiesz z nią po wakacjach czy nie.

Jeżeli więc możesz kąpać się w takich warunkach, to nie pierdol, że w twojej łazience jest zimniejsza temperatura powietrza i zimniejsza woda. Potraktuj to jak jak wakacyjny wypad i nawet wysmaruj się olejkiem do opalania. A nóż energooszczędna jarzeniówka cię chwyci i przyrumieni.

No a od lania ciepłej wody zrobi się ciepło w łazience, więc grzejniczka nie odkręcaj.

Najlepiej wybrać sobie też mieszkanie na przedostatnim piętrze (ciepło idzie do góry, ale nie ucieka dachem) oraz sąsiadujące ściana w ścianę z dwoma mieszkaniami. Malutkimi otworami można wtedy do sąsiadów za pomocą specjalnego urządzenia wpompowywać ciekły azot, co doprowadzi do zmrożenia ich mieszkań, a wtedy na maksa odkręcą wszystkie kurki. Skorzystasz na tym i ty, bo ogrzeją twoje ściany z każdej strony.

Po drugie: rozwieś na klatce karteczki: "W związku z awarią i zapowietrzonymi kaloryferami, prosimy o maksymalne odkręcenie kaloryferów w dniu taki, a owakim". To w jednym tygodniu. A w drugim tygodniu: "W związku z planowaną renowacją ogrzewania, kaloryfery nie będą działać od dnia tego i owego do dnia tego i owego". Oba pisma podbij pieczątką z selera i masz jak w banku, że sąsiedzi w całym bloku tak kurwa nahajcują, że dach będzie wręcz parować, a szyby na klatce będą przypominać ci miłosne sceny z Titanica. Chcąc nie chcąc, nagrzeją tobie mieszkanie, w te dni nie odkręcaj więc gałeczki nawet w pokoju.

Po trzecie: kup pierdyliard podgrzewaczy czyli takich małych świeczuszek. Nawet nie masz pojęcia jaka drzemie w nich siła i moc. Setka podgrzewaczy, kupiona w Realu (broń boże w Piotrze i Pawle!) w takim foliowym woreczku kosztuje z 7 złotych. I gwarantuje, że mimo iż w pokoju będzie wyglądało jak na cmentarzu 1 listopada, to ciepło będzie tak mocno i długo trzymać, że w końcu w gaciach wybiegniesz na balkon, żeby się nim nie poparzyć.

Po czwarte: dużo trenuj pompki, brzuszki i fistaszki fatałaszki, bo nic tak nie grzeje jak kaloryfer na brzuchu.

Po piąte i ostatnie: w okresach zimowych jedz dużo fasoli, bigosu i pleśniowego sera. Najlepiej mieszkanie ogrzewa naturalna energia, a jak wiadomo najcieplej jest w smrodku.

czwartek, 28 listopada 2013

(Rozdział dwudziesty piąty, ćwierćwieczny)


Mało śmiesznie dzisiaj będzie, bo prawda jest taka, że wykłady miały sens kiedyś, gdy sens miało samo studiowanie. Teraz wykłady są niby nieobowiązkowe, ale jeżeli coś jest nieobowiązkowe, to tak jakby tego nie było. Choć nie zawsze. Wyobraźcie sobie, że w pubie wywieszona jest kartka "dzisiaj dla każdego jedno nieobowiązkowe piwo gratis". Nieobowiązkowe - czyli możesz siedzieć w barze i tego piwa nie wypić. Mentalność nasza jest jednak taka, że skoro to piwo jest gratis, to je zabiorę, choćbym miał nim podlać kwiaty, wylać sobie na łeb, albo antybarketyjnie przepłukać usta.


A jednak czasami ludzie na wykładach się pokazują. Dlaczego? Co może być powodem takiej szokującej decyzji? 


Oto prawidłowe odpowiedzi: nowe kozaki, nowy płaszczyk, nowe dżinsy, nowe szpilki lub nowy chłopak, ale przede wszystkim nowe kozaki. Zauważcie, że niektóre osoby na wykłady się spóźniają, by niby po cichutku, ale by jednak przebiec przez całą salę i zająć miejsce w ostatnim rzędzie. NIC nie skupia na wykładzie uwagi bardziej, niż jakikolwiek ruch na sali. Choćby była to mucha, lecąca do Gwatemali. I zauważcie, że osoba spóźniająca się ZAWSZE ma nowe kozaki i w ten sposób zwraca uwagę koleżanek. "Masz nowe kozaki?" - zapytają szeptem, gdy tamta tylko usiądzie. "Jakie śliczne kozaki". A faceci zazwyczaj kupują sobie tylko jeden but. I taki gość to wtedy kozak.


Aaa właśnie, odnośnie muchy. Kiedyś, bardzo wczesną wiosną, napisałem koledze na kartce, że topi się śnieg, a spod śniegu wychodzą gówna. (Nie wiem skąd mnie naszła taka refleksja). Oczywiście traf chciał, że nad głową wyrósł mi pewien profesor, który chyba pomylił uczelnię z liceum (a ja studia z gimnazjum - tak swoją drogą). Chwycił mój "liścik" i na całą "klasę" (to dobre słowo) powiedział: "ooo, mój wykład chyba nie jest ciekawy (NO CO TY?!), albo koledze tylko gówno w głowie". (śmihy hihy całej sali).


I teraz rada prawdziwego kozaka. Nie ma co się palić ze wstydu, czy coś, tylko od razu przejść do kontry. Po wykładzie podszedłem do wianuszka dziewczyn i opowiedziałem im kawał, który ponoć był na tej kartce:

Przychodzi mucha do sklepu i mówi:

- Poproszę dwa kilo kupy.

Sprzedawca na to:

-Co?

A mucha:

-Gówno.


Stary żarcik, ale zadziałał, dziewczyny się zaśmiały, a ja zachowałem twarz. Kozak.Nic tak nie śmieszy jak żarty o kupie.


No a teraz przechodzimy do sedna. Co można robić na wykładzie? Wiadomo - bardzo pożądany jest na takich zajęciach oczywiście laptop z dostępem do internetu. Choć zawsze chciałem przyjść na wykład z komputerem stacjonarnym i zacząć go składać podczas trwania tego pseudonaukowego pierdolenia. A tu kabel do monitora, do kontaktu, klawiaturka, myszka, ruter, głośniczki takie małe, słuchaweczki jak ta lala.


Na takim komputerze podczas wykładu można oglądać strony ze śmiesznymi obrazkami, wejść na fanpage Bananowego Runa, albo dowiedzieć się czegoś o czym NIE MIAŁEŚ KURWA POJĘCIA! Np. warzywa o których nie miałeś pojęcia, miejsca w Warszawie, o których nie miałeś pojęcia, wakacyjne destynacje, o których nie miałeś pojęcia, rodzaje potraw, o których nie miałeś pojęcia, pozycje seksualne, o których nie miałeś pojęcia oraz rodzaje parasoli, których nie miałeś pojęcia jak otworzyć.


Jeśli nie macie komputera to na wykładzie możecie też szydełkować. Sweter z dobrej wełny, którą kupicie za 50 złotych szpula, na ryniaczu da się sprzedać za 60 złotych. A szpula starczy na dwa swetry. Sweterek idzie pierdolnąć sprawną ręką podczas dwóch wykładów - zysk jest więc czysty i warto poćwiczyć.


Jeżeli podczas wykładu używana jest natomiast tablica, to w momencie gdy profesor odwraca się twarzą do niej, a plecami do was - można zrobić także dwie inne przydatne rzeczy. Ugryźć batona. To raz. A dwa: pokazać dupę.


Obudzicie w ten sposób pozostała publikę, podobnie jak mój kolega, który odpalił siedząc w pierwszej ławce na Youtubie filmik "Dzik kopuluje z kubłem na śmieci". Dał pełny ekran i wykorzystał fakt, że każdy nieskomputeryzowany będzie ZAWSZE przyciągany jak magnes do skomputeryzowanego i żurawiowo będzie spoglądał co też tam delikwent robi.


Pytanie na koniec: kto z was wpisał "dzik kopuluje z kubłem na śmieci?" BUSTED zboczeńcy.

niedziela, 24 listopada 2013

(Rozdział dwudziesty czwarty, diabelsko praktyczny)


Przyznajemy się, że ostatnimi czasy zagubiliśmy trochę sens naszej misji, skupiając się na hejtowaniu b(l)ogu ducha winnych ludzi. Dlatego dzisiaj mamy dla was garść porad tak praktycznych, jak robot kuchenny dla dziewczyny pod choinkę (to już czas!).


Wielu studentów bardzo błędnie myśli sobie tak: opierdalałem się przez cztery i pół roku (w innej wersji przez dwa i pół roku), więc przez te ostatnie pół roku studiów faktycznie jebnę ku uciesze swojej i profesorków zajebistą magisterkę/licencjat. STOP. Powiedzmy sobie szczerze: takie założenie jeszcze nigdy nie zostało zrealizowane. Jeśli opierdalałeś się przez 75% studiów, to nie ma szans, byś wziął się za siebie w ostatnich 25%. A nawet jeśli, to zawsze się to źle kończy.

To tak jakbyś miał dziewczynę i nie kupował jej kwiatów przez 9 lat i nagle stanął w drzwiach z bukietem naprawdę przezajebistych róż: "Och, chcesz mi się oświadczyć?" Yyyyy, wtopa - chciałeś być tylko miły w ostatnich 25% waszego pożycia. Oraz druga wersja: "O co ci chodzi? ZDRADZIŁEŚ MNIE?" Też wtopa. Uwierz, nie warto.


Mit numer dwa jest taki, że "profesorowie i doktorzy pewnie olewają sobie zajęcia, ale magisterki i licencjaty czytają, no bo przecież to ważna rzecz taki dyplom". STOP. Powiedzmy sobie szczerze: mają wyjebane na te prace tak bardzo, jak fan AC/DC na koncercie, gdzie Paris Hilton wśród laserów gra numery dja Tiesto. Byliście kiedyś w dziekanacie? Na jednego profesora w gorącym okresie "obronnym" czeka około od 60 do 80 pięknie oprawionych prac. Przeczytanie każdej (bez wchodzenia w szczegóły) to 3-4 godziny, co razy 80 daje około 320 godzin, to jest (czytając bez przerw na obiad, spanie i kupę) ponad 13 dni. A do twojej obrony zostało dni 8. Wystarczający argument?


No i musimy wręcz obalić jeszcze jeden mit dyplomowy. "Proszę oddać wszystkie dokumenty na dwa tygodnie przed obroną, inaczej nie zostanie Pani/Pan do niej dopuszczony". STOP tym bzdurom. No kto jak kto, ale kobieta z dziekanatu naprawdę pragnie, mimo całej swojej nieuprzejmości, byś spierdalał z tej uczelni w podskokach, bo każdy student mniej to problemów mniej i przyjmie Twoje gówniane dokumenty nawet w dniu obrony. A jak i tak ich nie zdążysz poskładać, to nie będzie jej się chciało wstrzymywać całej machiny obronnej, a jak doktor usłyszy, że musi dla ciebie organizować obronę jeszcze raz i przyjść to zrobić w wakacje, to dostanie takiej kurwicy pępka, że przepchną cię nawet z niezaliczonym wykładem.


Mimo całego tego wywodu pragniemy zaznaczyć (zdziwieni?!), że pracę i tak warto napisać samemu. Jak to zrobić, by zrobić, a się nie narobić? I dlaczego warto? O tym napiszemy w jednym z kolejnych rozdziałów. Zaglądajcie na Bananowe i dołączcie do społeczności na facebook.pl/bananoweruno.



wtorek, 19 listopada 2013

(Rozdział dwudziesty trzeci, też cykliczny)

Studencka praca idealna - to taka, która jest niczym studia. Coś tam robisz, robisz, jesteś w ruchu, chodzisz, mówisz, ale generalnie lenistwo słodkie jak lizaczek. A i tak sukces osiągnięty: na studiach to dyplom, w pracy to wypłata.

Praca pizzermana jest dobra o tyle, że jeżeli przypili cię studencki głód to możesz bez kompleksów wyżerać składniki z ciasta. Nie zastanawialiście się, czemu na hawajskiej jest zawsze tylko pięć kawałków kurczaka?

A w razie, gdy nie uda ci się wyżreć kurczaczka tak, by nie było tego widać, to tuż przed drzwiami przechyl pizzę na bok, by wszystkie składniki zjechały z ciasta. Nikt wtedy braków nie zauważy, a klient i tak pizzę przyjmie, bo będzie W CHUJ głodny czekając na ciebie osiemset minut.

I tutaj od razu kolejna zaleta - z tego właśnie głodowego względu naprawdę mało kto będzie na ciebie składał reklamację. A jak złoży, to powiesz szefowi, że widziałeś jaka to patologia, jakie podejrzane bloki i jak pijany zamawiający napierdalał parasolem córkę w przedsionku krzycząc "dawaj pizzę dziwko!".

A teraz przykład praktyczny - z zeszłego weekendu.

Zamawiam pizzę. I makarony dwa do tego, bo dużo ludzi na imprezie. "Będziemy za dwadzieścia pięć minut" deklaruje pani z telefonu, co zaskakuje nas o tyle, że jest przecież sobota. 

Po godzinie dzwonimy jednak zniecierpliwieni. "Dostawca już do państwa wyjechał, już wręcz puka do drzwi". Okej. Myślimy. I faktycznie w tym momencie podjeżdża pod domek czinkoczento. Wychodzi gość - na pierdyliard kurwa procent student jak nic. Wyjebane ma strasznie. Wyciąga pizzę i podchodzi do drzwi, które już mu otwieram.

- A dzień dobry.

- Dzień dobry! Przepraszam za spóźnienie - mówi z takim spokojem, jakby to on miał mi zapłacić za żarcie.

- Dzwoniłem przed chwilą do pizzerii i mieli nosa. Mówili, że już pan puka...

- Pukam to po robocie. (śmiech). Jak to mówią. (śmiech) (Tylko student taki żart by puścił.)

- No to dawaj pan to jedzenie. Okej. (Otwieram pizzę). A gdzie sosy?

- Kurde, nie wiem - odpowiada całkiem szczerze.

- A gdzie są widelce do makaronu?! - pyta mój kumpel, bo warto dodać, że jesteśmy na campingu bez kuchni.

- Kurde, nie wiem - odpowiada pizzerman. - Sorry, muszę jechać dalej. Przepraszam za te sosy i widelce i za spóźnienie. SMAKÓWA!

Wsiadł i w pizdu pojechał. Grzecznie przeprosił. Choć wyjebane.

A my oczywiście byliśmy tak głodni, że zeżarliśmy to żarcie odkładając reklamację na następny raz. A mogłem mu powiedzieć, na drugie z jego pytań tak:

- A gdzie pieniądze za pizzę?

- Kurde, nie wiem.

P.S. Teraz nawiązanie do poprzedniego rozdziału z zeszłego tygodnia... Pamiętacie jak napisaliśmy:

Także patologia była już wtedy, ale mniej otwarta i skryta. Dzisiaj patologia się ekshibicjonuje. (Ekshibicjonizuje?) 

Bingo! Wsiadam do autobusu, patrzę na czerwony napis i znajduję potwierdzenie naszej tezy. Inteligentne hasło! I choć nie możemy się doczytać, czy "nas" czy "was" to nie ma to chyba w tej sytuacji większego znaczenia...

środa, 13 listopada 2013

(Rozdział dwudziesty drugi, pozornie nie na temat)

W naszych podstawówkach (a pochodzimy z zupełnie różnych miast) dwa razy w tygodniu odbywały się lekcje "Techniki". Kiedyś mówiono na nie "Robótki Ręczne", ale odezwały się w trymiga instytucje, pozarządkówki, obrońcy moralności i stowarzyszenia, które stwierdziły, że tak po prostu nie wypada.

Wiadomo przecież, że nikomu nie są obce "Robótki Ręczne", tym bardziej w podstawówce, więc dla zachowania politycznej poprawności i dla rozwoju młodzieży zrezygnowano z "Robótek Ręcznych" na rzecz bardziej rozwiniętych "Technik Robótek Ręcznych" w skrócie "Technik". A że lekcje odbywały się dwa razy w tygodniu, zostały wiec ochrzczone "Technikami", a więc dzieciaki uczęszczały na "Techniki".

A wśród tych dzieciaków także i my. Ambitnie. U mnie w podstawówce np. gotowaliśmy zupę. Była specjalna sala, garnki, każdy musiał przynieść składniki i po wcześniejszym instruktażu pana nauczyciela rozpoczynaliśmy "Kuchenne Rewelacje". Ja gotowałem pomidorówkę, mój kolega rosół - więc włożył całego kuraka razem z piórami do wrzątku i zagotował.

Tak się złożyło, że sala techniczna była na parterze, a było to lato, więc zbyt duże ilości zupy rozdawaliśmy pracującym za oknem robotnikom, którzy budowali tam wtedy boisko (gdy o Orlikach jeszcze nikt wtedy nie myślał). Pamiętam jak chwalili mojego kolegę za ogórkową. -Ale dobzi (*dobrzy kurwa!) chłopcy, tak nas dokarmiają w pracy... - mówili.

A potem przez dwa lata kumpel się chwalił, że naszczał do tej ogórkowej zanim ją zaserwował. Także patologia była już wtedy, ale mniej otwarta i skryta. Dzisiaj patologia się ekshibicjonuje. (Ekshibicjonizuje?)

Za to u mnie w szkole bardzo duża uwaga była przykładana do zajęć z techniki drewnianej. Najpierw rysowaliśmy w perspektywach karmniki i budki dla ptaków, potem wycinaliśmy z drewna takie właśnie elementy, by potem za pomocą młotka i gwózdków zbijać te budki i ratować przed zamarznięciem biedne wróbelki. Potem robiliśmy też półeczki na przyprawy - jedna z nich ciągle wisi u mojej babci w jej kiczowatej kuchence. Wiecie co to za frajda?

Warto tutaj powrócić także do technicznych zajęć jedzeniowych - bardzo zapadł mi w pamięci pewien piątek, podczas którego gotowaliśmy kisiel. No bo gary były takie wielkie, a wody w środku po kilka litrów, no to jak to może być, że tylko jedna taka mała paczuszka kiślu tam wchodzi? Daj dwie. No trzy... No dojeb jeszcze czwartą, bo ten kisiel będzie za rzadki. Piąta dla pewności i starczy.

A potem chwila moment i wszystko kurwa w kiślu. Wszystko! Nie szło zatamować tego kiślowego potoku, gdy zaczął uciekać z garnka ujebując całą salę, kuchenkę i ciuchy. Nie pomagało przykrywanie garnka.

Za to my też gotowaliśmy, ale spaghetti. Nikt jednak nie powiedział młodym chłopakom (no właśnie! Pamiętam też, że te zajęcia były oddzielne dla chłopaków i dziewczyn... Już wtedy zaczęła się wdzierać do naszego kraju ta paskudna propaganda... Przecież jak można rozdzielać na "Robótkach Ręcznych" dziewczyny i chłopaków? To właśnie tym bardziej grupy powinny być mieszane...)

Ale pozostawiając ideologię i przechodząc do spaghetti - nikt nie powiedział młodym chłopakom, że jedna paczuszka na jedną osobę to strasznie dużo... Że taki makaron to pęcznieje i w ogóle to starczy dla czteroosobowej rodziny... Prawie jak w kiślowej historii. Więc każdy wjebał do garnka jedną paczkę i w taki oto sposób nagotowaliśmy w dwudziestu chłopa tyle kurwa makaronu z sosem, że nie było co z nim robić. Wylądował więc w większości w kiblu, który... zapchał. I to sparaliżowało całą szkołę.

U nas jeszcze - nawiązując do propagandy i ideologii - kazali chłopakom wyszywać kolorowe - rzekłbym nawet TĘCZOWE (aaaaa prowokaaaaacjaaaa!) szaliki na tak zwanym krosenku. Dzisiaj wstyd mi za to, ale fakt faktem - jak mi się zrobi dziura w portkach to chwytam igłę i nitkę i dziury nie ma.

I tutaj właśnie przechodzimy - jak się domyślacie już pewnie - do setna sprawy... Lekcje techniki w szóstej klasie bardziej nas nauczyły życia niż pięć (osiem) lat studiów. 

poniedziałek, 04 listopada 2013

(Rozdział dwudziesty pierwszy, taki co w Ameryce już wódkę kupi)

Bananowa młodzież ogólnie rzecz biorąc jada raczej w pizzeriach, restauracyjkach i zamawia szamanie do domku na telefon. Ale bywa różnie - raz w miesiącu kończy się miesiąc i pieniążki od starych. Wtedy trzeba oszczędzać. Rozpieszczone dzieciaki raczej i tak pasztetu nie zjedzą, ale do tańszej knajpki już, zawieszając honor na wieszaku, są w stanie wstąpić.

A jak nie zginąć w studenckiej jadłodajni/taniej budzie/stołówce i u Turka na kebabsonie?

Zasada numer jeden (stosować w jadłodajni):

Dobra pasza w takim miejscu wymaga poczwórnej porcji jakichkolwiek sosów, keczupów, przypraw, musztardy czy pieprzu. Inaczej nie będziesz w stanie pochłonąć pięknie brzmiącego, ale gównianie wyglądającego "dewolaja". A poczwórna porcja dodatków - kosztuje. Jak ją wyżydzić za darmo? 

-Poproszę poczwórną porcję musztardy.

-Ale to dodatkowo trzeba zapłacić cztery złote. (By the way - czy to aby nie sto procent wartości posiłku?)

-A czy mógłbym poprosić paragon na to, co zamówiłem?

-Aaaa... Zapomniałam, że dzisiaj musztarda jest za darmo.

Zasada numer dwa (stosować w taniej budzie):

Zawsze miej przy sobie psa. Najtrudniej utrzymać owczarka niemieckiego, czy huskiego, ale tobie wystarczy jamnik czy kundelek. Zamawiasz żarcie w budzie, a następnie kawałek rzucasz psu. Jak wpierdoli - możesz jeść. Jak powącha, a potem spojrzy na ciebie jak na debila i nie zamerda ogonem - nie możesz jeść. Zginiesz.

Zasada numer trzy (w stołówce):

Zazwyczaj w takich miejscach trzeba siedzieć przy sześcioosobowym stole. Nie oszukujmy się: jedni mlaszczą, inni wyglądają jak menele, jeszcze inni potrafią się ujebać sosem, albo wywalić ziemnioka na ceratę, a i tak zaraz go chwilę potem wpierdolić (zasada trzech sekund). Aby uniknąć towarzystwa musisz więc na jednym krześle powiesić swoją kurtkę, na drugie położyć swoją torbę. Trzecie krzesło odstaw do innego stolika, na czwartym usiądziesz ty, na piątym połóż ściągniętą ze stopy skarpetę, a szóste - to, które stoi najdalej - obrzygaj.

Potem zamów jedzenie i ciesz się spokojem. A co zrobić, gdy ktoś przyjdzie i rozpocznie gadkę?

-A tutaj jest wolne?

-Zajęte. Tu siedzą moi znajomi.

-Ale nikogo nie widzę.

-Oj nie prowokuj losu, bo jak wrócą to ci spuszczą wpierdol i tak się skończy twój obiadek.

Zasada numer cztery (u Turka na kebabsonie):

Nie myśl przypadkiem, że jeżeli zamówisz kebab na talerzu to najesz się bardziej, że niby frytki, bananowe życie, zajebisty upgrade kanapki...

Też tak myślałem, dopóki nie zamówiłem w pewnej knajpce w Katowicach kebaba na talerzu.

Poproszę kebaba na talerzu - powiedziałem. A kobieta przyniosła mi to: 

 

No. Starczy. (Obczailiście te przyprawy, przystrojenia, stroiki?)

środa, 30 października 2013

Ostatnio trochę zapuściliśmy się w kwestiach doradczych. To raz. A dwa. Staliśmy się monotonnie rozwlekli. Dlatego dzisiaj krótko, zwięźle i konkretnie. Odpowiemy na kilka pytań, które pewnie nie raz sobie zadawaliście.

Pytanie numer jeden:
Co odpowiedzieć, gdy wykładowca/magister zaczepi mnie na korytarzu w dniu poprawki i ironicznie spyta: "ooo, pan Andrzej w garniturze, nie zdało się za pierwszym terminem?"

Odpowiedz mu tak: "przepraszam, ale mam dzisiaj pogrzeb matki". Gwarantuję, że wykładowcy/magistrowi zrobi się głupio i urodzi się w jego głowie wątpliwość "na chuj pytałem?"

Pytanie numer dwa:
Jak zaoszczędzić pieniądze w kinie, ale nie wyjść na skąpca przed dziewczyną?

Odpowiedź: pójdź do kina wcześniej, sprawdź czy kontrola biletów jest za sklepem (zawsze jest!), wyciągnij ze śmietnika największy kartonik od popcornu, pójdź do Biedronki, zrób popcorn tam zakupiony za 1 złoty i 40 groszy w mikrofalówce, a następnie przesyp go do kartonika i przyjdź do kina pierwszy przed dziewczyną, zaczekaj na nią, a gdy przyjdzie powiedz "kupiłem już nam popcorn".

Analogicznie możesz się zachować w kwestii wyjebanie wielkiej coli, która kosztuje w kinie 1350% więcej niż w sklepie.

Pytanie numer trzy:
Jak poderwać barmankę?

Odpowiedź: nie pytaj tak jak inni frajerzy, czy możesz postawić jej drinka, tylko przychodź codziennie o 22:00 i zamawiaj herbatę. Ktoś kto zamówi herbatę w studenckim klubie zwraca na siebie uwagę. Po dziesięciu dniach o 22:00 będzie czekała na gościa od herbaty. Nie przyjdź. Pojaw się kolejnego dnia i dopiero wtedy spytaj się, czy umówi się z tobą na herbatę. Umówi się. Już wczoraj tęskniła. (A potem zanurz jej... Sagę do szklanki wódki).

Pytanie numer cztery:
Co zrobić gdy cwaniaczek ze studiów... (wstaw odpowiednie cokolwiek)?

Odpowiedź:
Wyjeb mu w dziób blachą pełną sernika.

Praktycznie! Studencko! Poradnikowo! Bananowe Runo!

Dołączcie do społeczności na www.facebook.pl/bananoweruno

niedziela, 27 października 2013

(Rozdział dziewiętnasty, kontynuacja, która kosztuje tyle co pół litra)

Znowu coś kontynuujemy, tym razem z delikatnym poślizgiem. Bąkaliśmy coś, że ciąg dalszy historyjek z kampusu akademickiego pojawi się w czwartek, ale...

OBIECANKI CACANKI, A GŁUPIEMU RADOŚĆ. W nieco bardziej drastycznej wersji: obiecanki cacanki, a głupiemu gówno spod śniegu na wiosnę.

Tak czy siak: kłamaliśmy o tym czwartku, ale i tak jest dobrze, że udało nam się wysmarować drugą część "Tyrać czy nie tyrać" jeszcze w tym tygodniu, póki świeże są w głowie wspomnienia drugiej, obiecanej przygody.

Więc dalej hasam sobie hasam jak Hasan Rouhani - irański deputowany do Islamskiego Zgromadzenia Konsultatywnego. Turban mi z lewej na prawo się giba jak półmetrowa żelka, gdy nagle zaczepia mnie studenciak z mikrofonem. A na nim zatknięta kostka z logosem prawdopodobnie studenckiej radiostacji z radiowęzłem, który nie działa od czasu remontu akademików, bo budowlańcy nie mieli koncepcji co to za kable i sprzedali je na złomie uznając, że w taki sposób esbecja podsłuchiwała studentów i nikt po kable owe się nie zgłosi.

Studenccy radiowcy wierzą jednak w sukces, bo ich rozgłośnia pojawiła się w internecie, co pośród ośmiuset internetowych radiuf klasyfikuje ich na osiemset pierwszej pozycji.

No ale podchodzi do mnie ten gość i pyta się grzecznie "Czy mogę zająć chwilę"? "A i owszem" - odpowiadam grzecznie, spragniony wrażeń i rozmowy z opisywanymi przeze mnie bananowcami.

"Jak radzisz sobie ze stresem podczas egzaminów?" - pyta i przystawia mi mikrofon do pyska tak blisko, że mógłbym go polizać.

"Generalnie jako irański deputowany ze stresem sobie nie radzę, bo stresu w ogóle nie odczuwam" - odpowiadam w myślach, ale za chwilę już na poważnie mówię, że najważniejsza jest nauka, opanowanie, wiara we własne możliwości oraz przede wszystkim dobry antyperspirant, bo nie ma nic gorszego, jak podczas egzaminu odkryć, że Rexona nie działa i cały dzień chodzić z rękami przyklejonymi do tułowia jak u Żelaznego Golema w Heroesach.

Po mojej kilkuminutowej wypowiedzi, młody dziennikarz odstawia mikrofon, dziękuje mi serdecznie za poświęcony czas i uśmiecha się tak szeroko, że pytam go bez ogródek:

"Takie to kurwa było śmieszne?"

Uśmiech z jego twarzy znika i mówi mi, że nie chciał mnie urazić, że przeprasza i że się po prostu cieszy, że ktoś mu sensownie odpowiedział na pytanie. Bo starsi koledzy wysłali go na sondę do studentów, mówiąc, że to najprostsza dziennikarska forma. A gówno prawda. Bo chodzi od dwóch godzin i nagrał dopiero pierwszą osobę. "Dlaczego?" pytam zdezorientowany...

"Bo ludzie mówią, że się wstydzą..."

Kurwać. No tak. O tym bym nie pomyślał. Studenci w s t y d z ą się powiedzieć kilka sensownych słów do mikrofonu. Odpowiedzieć na pytanie jak radzą sobie ze stresem. Wstydzą się. A potem jest płacz, że kurwa nie ma pracy, że po studiach nie mają żadnych kwalifikacji, że nikt ich niczego nie nauczył! A sami pewnie na tych rozmowach kwalifikacyjnych rozdziawiają paszcze i wstydzą się odpowiedzieć na pytanie, jak w tej pracy poradziliby sobie ze stresem...

"Ale może ściemniają tak tylko" - pomyślałem. Pewnie nie wstydzą się odpowiedzieć na pytanie, tylko wstydzą się mikrofonu. Dlaczego? Bo cała banda internetowych vlogerów popsuła rynek, robiąc z ludzi idiotów w programach typu "Matura to bzdura". Powstaje tylko tutaj pytanie, czy vlogerzy zrobili z ludzi idiotów, czy idioci zrobili z siebie idiotów sami. No bo jak ktoś nie wie gdzie jest Kanada, ile jest 2 + 2 x 2 czy ile waży kilogram stali, to jak w ogóle to możliwe, że jest na studiach?

Zanim więc zaczniesz pierdolić, że studia niczego cię nie nauczyły, jeśli jesteś dajmy na to stosunkach międzynarodowych to odpowiedz na pytania: kto jest prezydentem Francji, z kim graniczy Iran i wymień ośmiu ostatnich prezydentów Stanów Zjednoczonych. Nie znasz odpowiedzi? To do chuja pana usiądź sobie przy Wikipedii i nadrób podstawowe kwestie, zamiast iść na piwo, a dopiero potem miaucz, że uczenie się czternastu definicji zbitki słów "stosunki międzynarodowe" jest bez sensu. Wtedy daje ci przyzwolenie, na mówienie, że studia są bez sensu. Ale dopiero wtedy.

I tak dywaguje sobie z tym przyszłym dziennikarzem, który mówi mi, że inną podstawową wymówką jego potencjalnych rozmówców jest zdanie:

"Nie mam czasu".

Kurwać. Stoi pod biblioteką, czeka na swoją koleżankę, dłubie w nosie poprawia rzęsy, ale nie ma czasu. A młody musi zrobić sondę i zamiast mu pomóc, to wszyscy wyjebane. Smutne to takie, nieogarnięte bananowe dzieciaki, wstydliwe na ulicy, rozwiązane w akademiku, zajęte, a po trzech godzinach pracy dla studenckiej rozgłośni, ktoś pewnie powie temu młodemu, że nie puszczą tego materiału o stresie, ale za to będzie miał do portfolio.

Nie było dzisiaj śmiesznie i zabawnie prawda? I bardzo kurwa dobrze.

 

 



poniedziałek, 21 października 2013

(Rozdział osiemnasty, pełnoletni i prywatny od jednego z autorów)

Postanowiłem kontynuować wątek, bezpośrednio związany z targami pracy i zdolnościami interpersonalnymi studentów.

W dniu dzisiejszym postanowiłem bowiem skrócić sobie drogę do domu, wybierając trasę wiodącą przez "miasteczko akademickie". Brnąc niczym w kukurydzy pomiędzy przyszłą inteligencją naszego narodu, szukałem inspiracji do kolejnego wpisu. Inspiracje nie omieszkały mnie ominąć. Wśród rozleniwionej watahy, grzecznie czekały na mnie dwie "przygody", które ot tak postanowiłem opisać na blogu. W ramach jesiennego rozprężenia.

Historia numer jeden.

Idę sobie, idę, hasam jak Rumcajs po lesie i słyszę rozmowę kroczących przede mną studentek. Jedna mówi do drugiej: "ale po dzisiejszym dniu jestem styrana".

S T Y R A N A. Była z zegarkiem kurwa w ręku 13:56, a ona jest już s t y r a n a. Wytłumaczmy sobie coś na starcie. Styrany może być gość, który napierdala młotem w kopalni węgla kamiennego od 6 do 14. Styrany może być budowlaniec, który nosi cegły po rusztowaniu z parteru na ósme piętro. (A że jebnie sobie po drodze browarka? Należy mu się) - (A wam banany się nie należy).

Styrany może być nauczyciel w gimnazjum, któremu przyszli studenci prywatnych uczelni założyli na głowę kosz na śmieci. Styrana może być także kobieta, która przez osiem godzin nadziewa nitkę na tłok maszyny. Co sekundę kolejną. Tyranie jest także w kanalizacji, a codzienna obecność wszechotaczającego gówna z pewnością również bywa tyrająca.

Zrządzeniem losu najbardziej styrana jest jednak studentka, która spała od 1 w nocy do 8 rano, wybrała się na zajęcia na 9:30, przesiedziała trzy godziny na wykładach oglądając Kwejka na malutkim i gustownym laptopie, potem zjadła obiad w stołówce plotkując o nowym odcinku "Prawa Agaty", a następnie przez chwil kilka zmusiła się do intelektualnego wysiłku na ćwiczeniach, wyciągając słowa klucze ze wcześniej zamazanych różowym markerem fraz. 

A wiecie, że jak wpisze się w grafice Google słowo "tyranie" to wyskakuje martwy, zarżnięty koń i martwy jeż, a obok Ewa Drzyzga?

Drugą historykę opowiem wam w czwartek, bo znowu wyszło za dużo tekstu.

środa, 16 października 2013

(Rozdział siedemnasty, ściągający z oczu klapki)

Naprawdę nie wiem jak można być takim debilem, żeby liczyć na dobrze płatne zajęcie po wizycie na studenckich targach pracy. To nie są targi pracy. To są targi reklamy. Targi debili i zjebów. Dla debili i zjebów, choć to pewnie synonimy.

Stoję sobie za narożnikiem obok wydziałowej kawiarni i spoglądam na zafascynowanych młodych ludzi, którzy rzeką przelewają się od stoiska do stosika. Mój wzrok przykuwa pojedynczy gość, na którym postanawiam skupić uwagę. Ma długie włosy, które trzymają się w pojedynczej, końskiej grzywie jedynie dzięki gumce recepturce. Krótkie spodenki, poszarpane i podarte, białe skarpety i półbuty, z których wystają nieco zakurzone kostki. Generalnie wygląda, jakby dwadzieścia minut temu wrócił z Woodstocku, ale na górze koszula, no bo kurwa elegancko musi się zaprezentować przed przyszłym pracodawcą. A w ręce obowiązkowo kartonowa teczka, a w niej zajebiste siwi.

Wchodzi. Oczy ma rozbiegane, ślina mu cieknie po brodzie. Dzisiaj zmieni swoje życie. Koniec z tanim winem, szampany z Szampanii kurwa od jutra. Nie zdążył jeszcze obrać kierunku marszu, a już podbijają do niego dwie zajebiste laski. Obcaski, jeansowe szorty, obcisłe bluzeczki, duże piersi, rozpuszczone włosy. Gość czuje się prawdziwym mężczyzną. I to się dobrze składa, bo obie panienki są hostessami firmy produkującej maszynki do golenia. Proponują mu pracę. Jako menedżera w Warszawie. Będzie wymyślał kampanie reklamowe do telewizji. Kurwa. Laski, bankiety, gwiazdy, seriale, cycki.

Ma iść tam i tam. I aplikować. Z widoczną erekcją zapierdala w tej swojej koszuli do wycackanego stanowiska, które zdobią dwie wykurwiście wielkie kartonowe golarki. Mówi, że chce być menedżerem. Gość w garniturze daje mu do wypełnienia ankietę osobową i prosi o siwi. Jest w szoku, bo jego firma właśnie znalazła tego, kogo szukała. Headhunterzy się spisali. Właśnie na tym wydziale i na tym korytarzu znaleźli tego, kogo szukali.

Nasz woodstockowicz odchodzi od stanowiska i z wypiekami na twarzy planuje przeprowadzkę do Warszawy. No dobra. Jest realistą. Pewnie jeszcze czterdzieści rozmów kwalifikacyjnych, będą sprawdzać jego angielski, komunikatywność i pomysły. Ale zadzwonią, a on będzie zdobywał doświadczenie. A nawet jak nie zadzwonią, to może chociaż będą szukać sprzedawcy do autoryzowanego punktu? Zawsze coś. Szampana z Szampanii nie będzie, ale wino już z drugiej od dołu półki, a nie z tej przy samej ziemi. I matka będzie dumna, że studiuje i pracuje. Och jaka matka będzie dumna. Ja pierdolę.

A w tym samym czasie gość w garniturze je batonika i wpisuje dane delikwenta do systemu. Wyślą mu folder promocyjny pocztą. I zaleją go falą niepotrzebnego e-mailowego gówna. Potem wsadza zajebiste siwi do niszczarki. Im więcej papieru, tym bardziej szef będzie zadowolony. Bo z niszczarki można więcej objętości śmieci wygenerować niż z ryzy papieru. Jego firma jest obecna na rynku, pojawia się w studenckich społecznościach, jest rozpoznawalna i ważna.

Tymczasem Woodstock jedzie do drogerii. Kupuje mydło, papier toaletowy i maszynkę do golenia. No właśnie kurwa. Od przyszłego pracodawcy oczywiście.

Debile.

No bo jak można do kurwy nędzy wierzyć w te opowiastki, że od pucybuta do milionera. Że najpierw będziesz sprzedawcą, potem starszym sprzedawcą, potem menedżerem, a następnie szefem, prezesem, kierownikiem, rozpierdalaczem wszechświata. Owszem, możesz mieć ścieżkę kariery, ale nie licz, że rozpoczniesz ją na studenckich targach pracy. Tam poszukują sprzedawców na wakacje. Sorry. Młodszych specjalistów od detalicznego rozprowadzania produktów. Za osiemset złotych. Śmieciowa umowa. Starcza z niej na śmieciowe jedzenie. Śmieciowe pokolenie.

wtorek, 08 października 2013

(Rozdział szesnasty - krótka rozprawa)

Zanim jednak zabierzemy was do świata finansistów i paragonów - wybierzemy się na krótki, niedzielny spacer. W zasadzie to ja się z wami wybiorę, bo razem na spacery ze współautorem nie chodzimy, a jedyne co jest kolorowe i akceptowalne przez nas to plakatowe farby. I długopisy do wypisywania ankiet. (Czytaj też...)

Więc tak: idę sobie po mieście, a za mną idzie ktoś. Ktoś ten nie wiem kim jest, bo go nie widzę, ale słyszę, jak przez telefon bardzo emocjonalnie wykrzykuje swoje racje osobie z drugiej strony kabla. Więc słyszę tylko tyle, jak kobieta drze ryja do tej biednej słuchawki. "Jak to dlaczego nie dostałam tej pracy!? Wiesz, co oni mi powiedzieli!? Że tym magistrem finansów i rachunkowości to mogę sobie dupę podetrzeć."

Ta dam! Do wszystkich humanistycznych gówien dorzucamy więc uroczyście finanse i rachunkowość! (To naprawdę prawdziwa historia.)

A teraz do historii z życia wziętej dorzucimy rzecz zasłyszaną w telewizji. Jest sobie pewna Perfekcyjna Pani Domu, która podczas swojego programu udziela kurom domowym równie perfekcyjnych porad. I pewnego dnia mówi ona tak: "Nie odkładaj używanych rzeczy na krzesło. Zobacz. Jeśli w ciągu całego miesiąca codziennie odłożysz nie na swoje miejsce tylko trzy rzeczy, to pod jego koniec uzbiera się ich nawet sto!"

NOCOTY!

Okazało się, że ona też jest po finansach i rachunkowości. 

A teraz ogólnie o tym kierunku:

Absolwent finansów i rachunkowości powinien posiadać wiedzę z zakresu finansów i rachunkowości, (NOCOTY?) funkcjonowania instytucji finansowych i banków oraz umiejętności analizy podstawowych zjawisk gospodarczych i sytuacji ekonomiczno-finansowych jednostek gospodarczych.

(Czyli na przykład musi znać odpowiedź na pytanie, które tworzy się w głowie po każdej imprezie: "Gdzie są kurwa moje pieniądze?!)

Absolwent powinien rozumieć przyczyny i skutki występowania zjawisk gospodarczych na szczeblu makro- i mikroekonomicznym w warunkach otwartej gospodarki rynkowej.

(Czyli student musi wiedzieć jaka jest przyczyna tego, że zostanie bezrobotnym po studiach i zacząć przyzwyczajać się do życia alkoholika - co z kolei będzie tego skutkiem).

Powinien umieć znajdować materiały źródłowe z zakresu finansów i rachunkowości, rozumieć je oraz umieć je analizować.

(Jeżeli parówka według etykiety (materiały źródłowe) ma 16% mięsa, a wódka według etykiety (materiały źródłowe) 40% alkoholu, to kupując wódkę zrobię o 24% (40-16) lepsze zakupy niż w odwrotnej sytuacji.)

Powinien rozumieć występowanie zjawiska ryzyka na rynku finansowym i globalnym oraz umieć nim zarządzać.

(Zalecane ćwiczenia praktyczne u bukmachera w skali mikroekonomicznej, a w makroekonomicznej należy podczas pierwszego roku studiów brać pod uwagę fakt, że po pięciu będzie się bezrobotnym. To jest ryzyko dziwki!)

P.S. Dzięki za czujność! Okazało się, że ktoś czyta nasze notki i na słodkim fejbuczku otrzymaliśmy aż osiem wiadomości, że na studia się rzyga, a nie jak to pojawiło się na blogu - żyga.

 


czwartek, 03 października 2013

(Rozdział piętnasty, choć w zasadzie czternasty i pół)


Obiecaliśmy w zeszłym tygodniu dokończenie wątku rozpoczeniowo-akademickiego. Wywiązujemy się z umowy i mamy dla was świetną radę jak wyróżnić się pierwszego dnia nauki, jednocześnie zostając zapamiętanym i zdobywając tak niezbędny, a popularnym "respekt" wypromowany w wypromowanej hermaszewskim kosztem grze GTA. (Pamiętacie to gimbusy? Respect is everything? I co kurwa z tego, że to z drugiej części, gdy była jeszcze w 2D?)


Jak więc pierwszego dnia nauki zdobyć niezbędny respekt? Po pierwsze - musisz trafić w moment, kiedy przed salą jest najwięcej osób, a następnie podejść do nowo wybranego przed chwilą przewodniczącego klasy (czasami na takiego frajera mówią "starosta"), a następnie głośno krzyknąć "kurwa" czym zwrócicie uwagę współplemieńców i na samym końcu delikwentowi wyjebać z otwartej dłoni. Respect is everything! W razie czego, jak coś pójdzie nie po waszej myśli (zauważy opisywaną sytuację dziekan albo przewodniczący zgłosi się na policję) to bez obaw - wystarczy zmienić kolor auta albo wejść do kościoła i już nikt was nie pozna.


Warto jednak zwrócić uwagę na relacje między wami. Między wyjebującym, a wyjebanym. Jeżeli starosta jest facetem i ty też facetem - to spoko. Luźna gadatka. Wyjebałem ci to wyjebałem, na chuj drążyć temat? Jeżeli starosta jest facetem, a ty kobietą to podwójne spoko. Zawsze możesz powiedzieć, że to on cię zdradził. Jeżeli starosta to kobieta i ty też kobieta - to opcja jest najsłabsza - nikt może nie zwrócić na was uwagi i respekt chuj strzeli. A jeżeli starosta to kobieta, a ty facet to być może nawet później będziecie razem - laski lubią w łóżku takich agresywnych ogierów.


Poznaliśmy już dzisiaj słowo "starosta", a teraz poznamy słowo "immatrykulacja" (wielu nawet po pięciu latach studiów nie wie, jak to wypowiedzieć). Generalnie dotyczy to studentów pierwszego roku, którzy muszą zostać oficjalnie przyjęci w zaszczytne grono bezrobotnych frajerów. Uroczyście obiecujecie, że nie będziecie szargać imienia uczelni (np. rzygać na przystanku siedząc w koszulce z logo), oszukiwać (np. ściągając na kolokwiach), ślubujecie także odwagę, dociekliwość, pracowitość - czyli wszystko kurwa to, czego przestrzegać nie będziecie. Po tym oszukaniu dziekana, panów w kolorowych sukienkach i czapkach, oraz wszystkich współgłąbów - przechodzicie do wspomnianej immatrykulacji. Opiekun roku (którego tego dnia widzicie po raz ostatni) po kolei każdemu z was wsadza w dupę kolorowy długopis. W ten sposób sprawdza, kogo będzie można wydymać na końcowym egzaminie, a kto wydymać się nie da.


I jeszcze jeden ważny dodatek do zeszłotygodniowej notki: wiecie dlaczego warto już na pierwszych zajęciach zapisać się na referat? Bo gdy zapiszecie się na referat numer osiem to wypadnie on pod koniec stycznia. Stwierdzicie, że to tak daleko, że nie zapiszecie tej daty, a potem tydzień w tydzień będziecie chodzić i pytać się prowadzącego - kiedy macie się przygotować. On wam powie, wy zapiszecie, potem zgubicie kartkę na której to zapisaliście i tak do finalnego dnia ostatecznego.


"Dzisiaj referat pana Rafała" - "Jak to? Przecież miał być za tydzień?!" - odpowiadacie przerażeni i jest to największy z błędów jaki możecie popełnić.


"Dzisiaj referat pana Rafała" - "O kurwa" - myślisz po cichu, ale twardo wstajesz, udajesz, że zabierasz ze sobą jakieś notatki, następnie robisz dwa kroki, potykasz się o własne nogi, wypierdalasz się do przodu i JEBS głową o kant ławki.

Referat z głowy.

piątek, 27 września 2013

(Rozdział czternasty – dotyczący tego i owego)

Jako, że zbliża się 1 października w studenckich lokalach rozpoczęło się masowe wyprzedawanie po taniości zapasów piwa z wakacji. Jeśli szukacie problemów, sprawdzajcie daty ważności swoich browarów, jeśli problemów nie szukacie – pijcie je i przejmujcie się problemami kolejnego dnia. Będziecie mieli dużo czasu na rozmyślania, siedząc w najmniejszym pomieszczeniu waszego mieszkania. (Chyba, że macie spiżarnię, ale aż o taką bananowość was nie podejrzewamy).

Powinniśmy napisać, że 1 października to dla wielu zerwanych z łańcucha licealistów w zasadzie nie rozpoczęcie roku akademickiego, a jego rozposzczęście. Dla żółtodziobów – ważna informacja. Tylko kurwa idioci idą na oficjalne chuje muje dzikie węże z całą grupą panów w gronostajach. Zwróćcie na nich uwagę i nie pomylcie ich z hipsterami na korytarzu. (Mogą się obrazić).

Rozumiemy poniekąd, że na początku przygody chcecie poznać się z jak największą ilością osób i przesiadujecie do rana w pubach, ale mamy dla was kilka informacji. Po pierwsze – rezygnacja z pierwszych zajęć to najkurwadurniejsza rzecz jaką można zrobić. Nie wmawiajcie sobie, że macie do wykorzystania nieobecności, bo zmarnować je na pierwszych zajęciach, na których rozdawane są sylabusy i po dwudziestu minutach można już spierdalać – jest dureństwem.

Poza tym na pierwszych zajęciach rozdzielane są zazwyczaj referaty (o których pisaliśmy we wtorek). To taka forma zaliczenia zajęć, że wychodzisz i mówisz o tym, o czym powinien mówić prowadzący, ale ma wyjebane.

Referat naprawdę warto zrobić wcześniej. I wcześniej się na niego zapisać. Właśnie na pierwszych zajęciach. Dlatego zmyl przeciwników i usiądź w pierwszej ławce – to właśnie tam powędruje lista do zapisów i będziesz pierwszą osobą, która stanie przed wyborem. Uwierz, że nie chcesz nakurwiać do biblioteki pod koniec semestru gdy zaczyna się sesja i to w dodatku z tematem, którego nikt nie wybrał, dotyczącym roli lemura gładkolufowego w politycznej historii starożytnej Etiopii. Dlatego wal kurwa od razu w drugi, albo trzeci temat referatu. Nigdy w pierwszy. Bez kurwa przesady.

Plusów posiadania drugiego referatu jest milion. Ciągle możesz się powołać na to, że „ale ja jeszcze nie wiedziałem jak to zrobić do końca...”, a jednocześnie po pierwszym referacie wiesz jakie są wymagania. I naprawdę olej imprezy, rozkurw system zajebistym referatem na drugich zajęciach, który będzie przedstawiany, a nie czytany, z mapami, wizualizacjami, laserami i dymem z wytwornicy – a potem opierdalaj się do końca semestru jadąc na dobrej opinii (Zróbcie taki referat jak pan Rafał!) Uwierz, że dziewczyny z najgrubszymi teczkami wypełnionymi notatkami nie zdołają być bardziej lubiane przez wykładowcę od ciebie.

Co dalej? Co wiedzieć tego legendarnego pierwszego października? O tym napiszemy pierwszego października. 

(Dla słabo kumających – ciąg dalszy opowieści o referatach i pierwszych dniach na studiach nastąpi).

P.S. A na koniec chcielibyśmy pochwalić jedną z publicznych uczelni, która w jawny sposób postanowiła zdissować wszystkich prywaciarzy jednym logosem... (Załącznik po prawej). Przynajmniej wiemy, na co idą pieniądze z warunków.

wtorek, 24 września 2013

(Rozdział trzynasty – szczęśliwy niezmiernie)

Generalnie na studiach humanistycznych możecie mieć do czynienia z wykładami, ćwiczeniami, konwersatoriami (zwanymi konwersami) oraz laboratoriami. W skrócie: z wykładami i innymi gównami. Bo nikt nie potrafi wskazać różnicy między ćwiczeniami, a konwersatoriami, które są raczej konserwatoriami i polegają na konserwowaniu w studentach wymuszonej głupoty. Na czym to polega?

To proste. Na wykładach nikt z was się nie odzywa, a obecność jest zwyczajowo nieobowiązkowa. Na innych gównach lista jest jednak systematycznie sprawdzana, tak samo jak notowana jest wasza aktywność. I tutaj zawsze każdy staje przed podstawowym dylematem. Czy odzywać się, czy nie? Z jednej strony, aby być uważanym za „aktywnego” wystarczy od czasu do czasu zaznaczyć swoją obecność nawet najgłupszym tekstem czy stwierdzeniem. Oto przykład:

Wykładowca: W przypadku bilbordów – podstawową zasadą marketingu jest to, by umieścić go w takim miejscu, żeby zobaczyło go najwięcej osób.

Aktywny student: Czyli na przykład przy autostradzie, a nie gdzieś w polu?

Wykładowca: Tak, tak, właśnie tak! (Dydaktyczny oooooorgazm. Ktoś mnie kuuuuurwa słuuuucha, ktoś wyciąąąąąga wnioski! Ktooooooooś się odeeeeeeeeeeeezwał.)

I stąd dylemat. Czy z żenadą w głowie słuchać takich debilnych oczywistych oczywistości czy jednak w żenadzie uczestniczyć i zdobywać „punkciki” za aktywność? Wybór należy do was, aczkolwiek warto zaznaczyć, że owa aktywność może jednak pomóc.

Wykładowca: Ale pan nie zdał kolokwium.

Aktywny student: Ale mam piątkę z aktywności! (Zdane!)

Wykładowca: Ale pani nie napisała referatu.

Aktywna studentka: Ale mam piątkę z aktywności! (Zdane!)

Wykładowca: Ale pani ma trzy nieobecności.

Aktywna studentka: Ale mam piątkę z aktywności! (Zdane!)

Wykładowca: Ale pan ma osiemnaście nieobecności.

Aktywny student: Ale mam piątkę z aktywności! (Niezdane kurwa, no bo z trzech zajęć nie można mieć piątki z aktywności. BUSTED!)

Czy więc uczestniczyć w idiotycznym łechtaniu doktorów i magistrów czy też nie? To pytanie do każdego z was. Fakt jest faktem, że wykrzesać cokolwiek z bandy ludzi na kacu można tylko grożąc kartkówką (zwaną wyjściówką lub wejściówką – w zależności czy humor chcą wam zjebać na dzień dobry czy na do widzenia) lub właśnie niezaliczeniem zajęć. Zawsze też możecie sobie załatwić papier na nieśmiałość. Dwadzieścia osiem złotych w pokoju numer dwanaście w domu studenckim numer trzy.

A czym się różnią konserwatoria od laboratoriów czy ćwiczeń to nie wie nawet największy kurwa akademicki szaman. Wielu doktorów i magistrów się z tym godzi, więc w celu „aktywizacji” studentów proponują oni formę prowadzenia zajęć na zasadzie „referatów”. Czyli oni nic nie robią i drapią się po łydkach, a studenty „referują” temat zajęć. O tym jednak powiemy wkrótce. I o tym co można robić na wykładach też.

P.S. Jest kolejna odpowiedź zwrotna na naszego bloga (dzięki!). Pewna piękna kobieta (jak wynika z Facebookowej fotki) napisała nam, że jak na Bananowym jest mniej przekleństw w notce, to wtedy wszystkie są dla niej bardziej... apetyczne. Życzymy więc „mniam” i robimy smacznego.

Albo na odwrót.

piątek, 20 września 2013

(Rozdział dwunasty będący komentarzem do spraw bieżących)

Nie możemy ślepi pozostać na wypadki dziejące się dookoła. Już wystarczająco jesteśmy zaślepieni blichtrem tego świata, żeby nie dotarły do nas słuchy podane przez ogólnopolską gazetę, a dotyczące... powtórnego sprawdzania prac magisterskich i licencjackich. 

Basta wam idioci! Krzyknęło Ministerstwo Edukacji i chce prześwietlić jeszcze raz wszystkie prace napisane po 2005 roku. Czy nie są podobne, splagiatowane albo fragmentarycznie skopiowane. Przyznajcie, że połowa z was ma już kupę w majtach.

Tak, tak - jeżeli myślicie, że razem z "gratuluję piątki" zakończyły się wasze męczarnie i starzy kupią wam Audi za "magistra" to jesteście kurwa w błędzie. Ja już bym sprzedawał alufelgi na Allegro - w końcu zawsze kilka stówek wpadnie jak będzie trzeba oddać auto.

Owszem - studia należy przebrnąć lekko, zgrabnie i przyjemnie (cały czas radzimy wam jak to zrobić), ale magisterkę napisać naprawdę warto. Warto skupić się na chociaż jednym, pierdolonym zagadnieniu i na jego kanwie zgrywać intelektualistę do końca życia. Bo jeżeli nie umiecie skleić 80 stron w zdaniach niejednostajnie złożonych, przepisać osiemdziesięciu książek innymi słowami, a nawet nie wiecie jak działa uczelniana biblioteka, gdzie się idzie i co można, a czego w niej nie można to... to jak potem się kurwa możecie dziwić, że proponują wam umowę o dzieło? Umowa o pracę - jak sama nazwa wskazuje jest "o pracę" czyli na zasadzie wymiany, napisałeś pracę, ja ci dam umowę. Nie ma pracy, jest dzieło. Bo nie było dzieła w postaci magisterki. Więc trzeba wszystko etapami. Od początku.

To raz. A dwa: dostaliśmy zwrotną informację w sprawie USOSa z poniedziałku, od analogowego studenta sprzed obalenie muru berlińskiego:

"U mnie to wyglądało inaczej. Były wywieszone analogowe listy. Zresztą przez całkiem czasami przypadkowe osoby. Jak ktoś się wkurwił, bo nie było dla niego miejsca, to zrywał listę i wieszał nową. Albo nie zrywał i wieszał nową. Kto mu udowodni że tamta jest ważniejsza?"

Nikt.



 
1 , 2